Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Radio Aktywna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Radio Aktywna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 listopada 2013

Stephen King – Doktor sen

Każdy kto widział obie wersje Lśnienia opartego o powieść Stephena Kinga mógł sobie zadać pytanie „a co dalej?”; sam autor ciągłymi powrotami tego pytania uzasadnia powstanie fabularnej kontynuacji opowieści przeinaczonej nieco przez Kubricka w 1980 roku. Tworząc sequel rozwija kwestie związane z metafizyką, a zarazem straszy w starym, dobrym stylu. Jest groźny i ciekawy fabularnie; raczej nie sprzedaje czytelnikom bubla.
Opowieść krąży wokół postaci Dana Torrance'a, syna Jacka z Lśnienia; jednego z trojga ocalałych z przeklętego hotelu Panorama. Akcja rozpoczyna się w kilkanaście lat po wydarzeniach zakończonych brutalnie wybuchem kotła; Dan, imając się różnych prac, jest popadającym w coraz większe tarapaty alkoholikiem. Nie radzi sobie ze światem, wspomnieniami, swoim darem (lub też przekleństwem), które nazywa jasnością. Jest ona trudną do określenia zdolnością łączącą w sobie telepatię i rozszerzenie pola widzenia o świat umarłych.
Schodząc coraz głębiej w króliczą norę uzależnienia trafia na kobietę, koło której się budzi i próbuje odtworzyć przebieg niedawnych zdarzeń. Odciąga dziecko swojej towarzyszki od resztek kupionych minionej nocy narkotywków, zabiera kilkadziesiąt dolarów z portfela i ucieka nie budząc jej. Trafia w końcu, po różnych perypetiach, do miasteczka, w którym otrzymuje pracę – początkowo pomocnika konserwatora miejscowej kolejki, potem sanitariusza w hospicjum. I rzuca picie – jest to jeden z warunków jego zatrudnienia. Doświadczenie graniczne, jakim jest widok dziecka dobierającego się do białego, nieodpowiedniego dla niego proszku, sprawia, że odmiana życia staje się konieczna.
Wspomniana, niewyjaśniona umiejętność, staje się osią fabuły – pracując jako sanitariusz pomaga przechodzić pensjonariuszom na drugą stronę; dzięki temu otrzymuje oryginalny przydomek „doktor sen”. Wychodząc z alkoholizmu zaczyna panować nad swoim darem – do tej pory przytłaczającym i wywołującym strach; uczy się jak z nim żyć, a nawet nieść dzięki niemu ukojenie. Zaczyna też odczuwać z czasem dziwną łączność z inną osobą – łączność, która staje się powodem niepokoju... W tym wszystkim istotną rolę grają też bliżej nieokreślone postacie, które żywią się czymś, co określają jako para; a najwięcej tej pary mają osoby, które obdarzone wspomnianą jasnością.
Doktor sen jest zbudowany bardzo konserwatywnie, ale i symetrycznie – właściwą część książki poprzedza rozbudowany prolog, w którym pojawiają się liczne odwołania do wydarzeń opisanych w Lśnieniu; przedstawia pokrótce poszczególne postacie historii, jednak nie tłumaczy ich roli w dalszych wydarzeniach. Po niemal stu stronach rozpoczyna się właściwa opowieść, która dopiero w okolicach połowy książki zawiązuje się w w spójną fabułę. Zakończenie, analogicznie, jest dosyć rozbudowane i opisuje wiele wydarzeń po finale. Widać w tym wiele uporządkowania strukturalnego, które jednak nie zawsze wiąże się z ładem w tekście – zbyt często w książce zdarzają się wahania stylu; momenty słabsze przetykają dobre. Trudno zatem dziwić się oskarżającym Kinga o zatrudnianie armii ghost-wrighterów – właśnie takie fragmenty są dla nich wodą na młyn. Mimo tego – autor jest przekonujący i bardzo amerykański w swoim opowiadaniu. Realizują się tu sztandarowe motywy kojarzone z mentalnością amerykańską – niezwykłość na przedmieściu (z białym płotkiem), powstanie z popiołów dzięki pracy, podkreślenie mitu wspólnoty, ale i przeniesienie konstrukcji postaci obcego z tego odległego, który funkcjonował przez 9/11, na tego, który jest blisko, jakiego obecność proklamowana była po upadku dwóch wież. Narrator jednoznacznie odwołuje się do każdego z tych mitów, przez co łatwiej mu nawiązać dialog z czytelnikiem amerykańskim; hermetyzuje to prozę, ale zarazem pozwala na dostrzeżenie świętości, które tworzą więź opartą na gwieździstym sztandarze. King podważa je tylko trochę; rzuca odrobinę światła na ten mechanizm go tworzący, przez co zwiększa tylko jego wagę.
Dokonuje bardzo sprytnej dekonstrukcyjnej-rekonstrukcji, wodzi momentami czytelnika za nos, oddaje chwałę mitom założycielskim i tradycjom spajającym amerykańskość. W tle wciąż pobrzmiewa zagrożenie terroryzmem, a zarazem obecne są siły nadprzyrodzone, które pozwalają na zawikłanie historii ale i... straszenie. Tu należy sobie wyjaśnić jedno – King nie straszy tak, jak robi to Kubrick; autor Zielonej mili buduje grozę, a to jest coś zupełnie innego niż strach. Jest przez to bardzo konserwatywny, a zarazem – przystępny; atmosferę brakuje mrok a nie niepokojące znaki; przeważa tu niedobór nad nadmiarem. Zarazem King staje się familiarny, łagodny; niedzisiejszy, jednak w dobrym tego słowa znaczeniu.
Wspomniane wodzenie czytelnika za nos pojawia się na wielu płaszczyznach. Przede wszystkim posługiwanie się wykalkulowanymi kalkami fabularnymi – wszystko jest idealnie do przewidzenia. King wciąż mataczy, kiwa czytelnika, nie dokańcza wielu wątków, a z pewnością – nie przybliża czytelnikowi niuansów, przedstawia jedynie to, co ma zostać przedstawione ze względu na fabułę. Puszcza oko do poprzednich powieści, zazębia Doktora... z innymi książkami, umieszcza go w kontekście. Podporządkowuje wszystko opowieści – właśnie dzięki temu owo mataczenie jest wybaczalne i ma swój urok. Czytelnik, który pozwoli się wodzić za nos, niejednokrotnie kiwać, otrzyma bardzo godziwą rozrywkę. Jej cena, w stosunku do jakości owej przyjemności, jest doprawdy mała.
Doktor sen Kinga nie jest niczym nowym ani odkrywczym. Mimo tego jest to świetna literatura popularna – pełna kontekstów kulturowych i treści, które są łatwe do wychwycenia. Najważniejszą różnicą między dobrą a złą literaturą popularną jest oczywiście świadomość autora i jego sprawność w tworzeniu opowieści – tę sztukę Stephen King opanował do perfekcji; nazwanie go piewcą popkultury nie byłoby, zwłaszcza w kontekście tej książki, na wyrost. Bo kto, jak nie on, łączyć umie przewrotne narracje założycielskie z widmem wewnętrznego wroga, a przy tym dawać znakomitą rozrywkę?

niedziela, 10 listopada 2013

Krzysztof Piskorski – Cienioryt

Wybór na runku książek fantastycznych jest duży. Przekonać się o tym można wchodząc do dowolnej księgarni. Jest to bowiem, pozornie, dosyć prosty gatunek, w którym niemożliwe wydarzenia można wytłumaczyć za pomocą magii lub ingerencji bóstw; również bogactwo zakorzenionych w różnych kulturach mitów pozwala rozszerzanie światów spod znaku miecza i many. Krzysztof Piskorski, łącząc pomysłowo znane już motywy, tworzy nowe literackie uniwersum, które nie posiada dostrzegalnych na pierwszy rzut oka pęknięć.
Mamy zatem kawalera Arahona Caranza Marteneza Y'Grenata Y'Barratonę, mistrza szpady, który swoje najlepsze, żołnierskie lata ma za sobą. Jest jednak otwarty na okazje do wykorzystania swojej szabli. Za odpowiednią opłatą, oczywiście. Jak jednak często bywa w przypadku głównych bohaterów – jest on zakapiorem o gołębim sercu. Opiekuje się też kobietą, dawną partnerką jego towarzysza broni, który zginął w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach od jego ciężkiego, wojskowego rapiera. Miewa wyrzuty sumienia, przejawia objawy traumy charakterystycznej dla byłych żołnierzy, jednak wciąż ciągnie go w kierunku czynów mających chociaż pozór dobrych, chociaż dymiąca krwią broń nie zawsze potwierdza szczytne zamiary. Arahon zdaje się czerpać przyjemność z nurzania się we krwi przeciwników i karmienia zwycięstwami swego szermierskiego ego; jednak w chwilę po triumfie pojawiają w jego sercu i duszy jego smutek i przygnębienie.
Właśnie w tym obszarze książki pojawia się jej największy mankament – jednowymiarowość (jakże dwuznacznie brzmi to w kontekście tej książki... ale o tym dalej) postaci i ich przewidywalność. Trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że mają one jedynie być przyczynkiem do rozpostarcia przed czytelnikami dwóch daleko ciekawszych elementów Cieniorytu – spisku i samej konstrukcji świata. Oba są ze sobą powiązane nad wyraz ściśle, niemal jak światy jasności i cieni prezentowany przez autora. Łączy się w nich koncepcja Philipa K. Dicka zawarta w Biurze dostosowawczym, alternatywne widzenie świata rodem z Władcy pierścieni i koncepcja oświeceniowa koncepcja Wielkiego Zegarmistrza. Świat przedstawiony przywodzi na myśl Francję opisaną przez ojca i syna noszących nazwisko Dumas – intrygi, szpady, rozgrywki tuż pod powierzchnią pozoru. Do tego dochodzi zbliżająca się wizja odwiecznego Zła, niemal jak u Lyncha (albo i w Piątym elemencie), które pokonać może jedynie... inne zło? Główny bohater staje się swego rodzaju Riddickiem, jednak miewa częściej niż on wyrzuty sumienia.
Otóż, przez przypadek (niemal jak zawsze) główny bohater zobowiązuje się pomóc nie tej osobie, co trzeba; nie pozwala się zabić nie tym przeciwnikom co trzeba i wplątuje się w groźną intrygę, której szkatułkowość może wprowadzać początkowo w naznaczone niecęcią osłupienie. Na szczęście – tylko początkowo. Kolejne wydarzenia przedstawiają czytelnikowi bogactwo stworzonego na kartach Cieniorytu świata; tłumaczą one zarazem bezsensowne na pierwszy rzut oka reguły panujące w rodzinnym Alaminho i popychają akcję do przodu.
To rozwijanie się fabuły jest chyba jednym z najlepiej przeprowadzonych procesów w książkach z gatunku fantasy z jakimi miałem do czynienia. Narracja prowadzona jest jasno, momentami trochę zbyt wyczerpująco, jednak jako tłumaczenie nowego świata spełnia swoją rolę. Zarazem jest sporo miejsc w fabule, które autor jakby pominął i przykrył je pojedynkami (zwłaszcza w drugiej części książki).
Pojawia się też w tym niewielka łyżka dziegciu – dysproporcja między dwoma częściami książki (księgami Światła i Cienia) i idąca za nią zmiana dynamiki narracji. Krótsza z ksiąg (Cienia) jest dopełnieniem wydarzeń opisanych w rozpoczynającej prozę księdze Światła. Właśnie w zamykającej Cienioryt części ujawniają się najbardziej uproszczone modele postaci i przewidywalność decyzji; o ile w części opisującej zawiązanie się spisku wada ta była zawoalowana bardziej, o tyle przyśpieszenie rozwoju wypadków utrudnia bezkrytyczne przyjmowanie informacji. Traci na tym niewątpliwie dobra proza. Jednak, jak to miało miejsce w przypadku produktu (jeszcze wtedy) braci Wachowskich – zakończenie jest otwarte. Co z tego wyniknie? Czas, miejmy nadzieję, pokaże.
Trzecia wydana proza Krzysztofa Piskorskiego zaskakuje kompletnością świata przedstawionego i misternością akcji. Warto do niej zajrzeć, bo potrafi zaciekawić i zachwycić złożonością fabuły. W takim towarzystwie drobne potknięcia charakterologicznie przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Polecam!

poniedziałek, 7 października 2013

Paweł Potoroczyn - Ludzka rzecz

Jak wyglądać mogła mazowiecka wieś w okolicach Pruszkowa podczas drugiej wojny? Zapewne dosyć ciekawe – pisał po tym obszernie Aleksander Kaczorowski w Balladzie o kapciach. To właśnie w tej książce można dopatrywać się początku fabuły Ludzkiej rzeczy Pawła Pororoczyna, powieści dygresyjnej, zanurzającej czytelnika brutalnie w dyskurs historii lokalnej, nie mniej ciekawej od tej globalnej.
Narracja książki zmusza czytelnika do wytrzymania ataku polifonicznych głosów przybliżających kolejnych bohaterów. Ta pozorna chaotyczność wprowadza czytelnika w zamknięty krąg świata podpruszkowskiej wsi z przełomu międzywojnia i okupacji niemieckiej; zasadność tego natłoku klaruje się dopiero po kilkudziesięciu stronach, a obraz, jaki wtedy się wyłania, pozwala zrozumieć dalszy rozwój... intrygi? To określenie, charakterystyczne dla kryminałów i romansów dworskich, dosyć dobrze oddaje to, wokół czego Potoroczyn snuje swoją opowieść. Chodzi mianowicie o zamiłowanie miejscowego dziedzica, oryginała o niejasnych dla miejscowych, japońskich korzeniach, do wieśniaczki o imieniu Wanda. Wszelkie starania podejmowane przez dziedzica dążą do pozbycia się partnera niemłodej już niewiasty – Smyczka. Dzięki swoim koneksjom wysyła go do wojska w kilkanaście miesięcy przed kampanią wrześniową, a w tak zwanym międzyczasie – naciera na obiekt swych westchnień przy pomocy zacnych trunków, licząc, że miła mu, pod wpływem, odda się w jego wolę; bezskutecznie. Wreszcie, samodzielnie, nastaje (dosyć skutecznie) na życie nieświadomego konkurenta. Nie bierze jednak pod uwagę faktu dosyć oczywistego – Wanda może i rzeczywiście go nie chce. A w to wszystko wplątana zostaje opozycja zbrojna, rozgrywki lojalnościowe wobec Armii Krajowej i Ludowej oraz potrzeba wykazania się w działalności konspiracyjnej. Powoduje to wiele komicznych sytuacji, będących źródłem anegdot powtarzanych długo po wojnie.
Mimo swej jasnej fabuły, książka ta jest zbiorem głosów. Jest tu przede wszystkim głos narratora: prześmiewczy, dosadny, skłonny do przesady. Poza nim każdy z bohaterów, niemal jak u Dostojewskiego, ma swój własny charakter. Inaczej prezentuje się niemający nic do stracenia Żyd-saper, który z dziwnym wyczuciem manewruje po polach miniowych i zbiera materiały wybuchowe dla swojego oddziału partyzanckiego; innym głosem posługuje się wiecznie pokrzywdzony proboszcz miejscowej parafii, skądinąd również konspirator. Inaczej wreszcie mówi Wanda, przeżywająca rozterki wewnętrzne kobieta, która dokonała za pomocą poduszki eutanazji męża porażonego wylewem i została potępiona w konfesjonale. Te wewnętrzne narracje lepiej tłumaczą działania bohaterów, ale też autonomizują ich w oczach odbiorcy; pozwalają zrozumieć motywację działań, jednak nie stają się zarzewiem moralizatorstwa.
Ciekawym wydaje się pobrzmiewanie w tle tej książki Reymontowskich Chłopów, zachowanie rytmu natury połączonego z historią. Klasyczne rozbicie władzy między pana, wójta i plebana, gdzie to element władzy świeckiej nie ma szczególnych aspiracji do posiadania Żelaznego Krzyża, a chce jedynie, w miarę spokojnie, przeżyć okupację, okupując jak najoszczędniej. Każdy z tych trzech trzymających władzę odnosi się do siebie z szacunkiem, jednak nie wszystko kończy się dobrze.
Potoroczyn momentami puszcza oko w kierunku fantazmatycznego przedstawienia anty-Holocaustu, w którym to Żyd staje się niemal romantycznym jurodivym, a jego szaleństwo chroni go przed wybuchami min. Mści się on za wysłanie do Oświęcimia księdza po pogrzebie Smyczka, niemile widzianego przez niemieckie władze partyzanta. Przygotowuje wojskowemu namiestnikowi iście wybuchowe powitanie po powrocie; powitanie przygotowane przy użyciu... zdobycznych min. Scena godna Tarantino.
Wielogłosowość i brutalna ironia – te cechy sprawiają, że książka Potoroczyna jest iście ludzka, a zarazem niezwykle zabawna. Tyrady bohaterów rozśmieszają, język pozostaje plastyczny. Początkowe przytłoczenie nadmiarem głosów szybko ustępuje miejsca ogromnej radości z lektury sensu stricto. Dużej radości. Z pewnością jest to książka dobra, jednak docenią ją najbardziej miłośnicy dosyć oryginalnego poczucia humoru. Wisielczego.

poniedziałek, 16 września 2013

Anais Nin - Dziennik 1934-1939



Czego spodziewać się po dziennikach autorki sławnej Delty Wenus? Scen rozkoszy rodem z Życia seksualnego Kathrene M.? Moralizatorstwa czy opisów zepsucia cyganerii międzywojnia? Cóż – szukający takich rozrywek czytelnicy przeżyją rozczarowanie. Dziennik Anais Nin z ostatniego pięciolecia pokoju jest niezwykłym świadectwem myśli świadomej intelektualistki, ale i prezentacją subtelnej siatki wpływów, jakie odcisnęły niezatarte piętno na francuskiej bohemie.
Okres 1934-39 dla lewicującej społeczności francuskich intelektualistów był niezwykle ważny. Poprzedzał go bezpośrednio fakt dojścia Adolfa Hitlera do władzy w Niemczech; również lata te zamykają w sobie cały okres trwania wojny domowej w Hiszpanii, która podzieliła cały świat na stronników Franco i komunistów. Poszukujący nowego ładu intelektualiści stanęli murem za myślą proklamowaną przez rewolucjonistów, mniej lub bardziej aktywnie wspierając jedną ze stron konfliktu domowego opodal południowo-zachodniej granicy Francji.
Pierwsze zapiski znajdujące się w tym tomie Nin czyni w Stanach Zjednoczonych, gdzie pisze, prowadzi praktykę psychologiczną i rozwija swoje zainteresowanie psychoanalizą praktyczną. Informacja o wybuchu wojny domowej skłania ją i jej partnera – Henry'go Millera – do powrotu na Stary Kontynent. W miarę swoich możliwości wspierają rebeliantów, jednak ich wpływ na wydarzenia w niedalekim kraju jest znikomy; ograniczają się bowiem oni jedynie do działań agitacyjnych prowadzonych w konspiracji.
Mimo otoczki szczytnych haseł, w zapiskach wyraźnie przebijają się sprawy codzienne – kłopoty finansowe, pomniejsze spory z bliskimi i dalszymi przyjaciółmi, nieustanna walka z wydawnictwami i, od 1938, z cenzurą, która raz po raz zakazuje publikacji niektórych tekstów Nin i Millera ze względu na ich ideologiczne deklaracje i potencjalną szkodliwość społeczną. W kilka miesięcy po rozpoczęciu konfliktu hiszpańskiego w Dziennikach pojawiają się osoby związane czynnie z walką zbrojną – uciekinierzy prześladowani przez rząd francuski, a za nimi – groźba prawnego odwetu ze strony władz państwowych.
Deklarując swoje poparcie dla lewicującej strony konfliktu, Nin pozostaje krytyczna wobec tego co widzi i słyszy. Niejednokrotnie przytacza świadectwa znajomych, którzy deklarują, żę nie chcą żyć w świecie zagrożonym faszyzmem, i że wolą popełnić samobójstwo w obliczu zagrożenia tego śmiertelne widma. Francuzka sugeruje w zapiskach przesadną teatralność tych czynów, krytykuje głoszących wielkie hasła, a wyłuskuje z tłumu krzykaczy i nobilituje w zapiskach postaci faktycznie podejmujące działania. Zarazem rzadko pisze o konkretnych działaniach podejmowanych przez siebie; częściej lata za jakimiś sprawami niż konkretnie wskazuje zakres aktywności. Pozostając nieskonkretyzowana w swoich pracach jasno daje do zrozumienia, że trzyma się mocno określonego zakresu prac, które nie wychodzą poza zdroworozsądkowe traktowanie ich jako nie mających niemal wpływu na sytuację w Hiszpanii i Francji.
Niezwykle cenne są opisy reakcji społeczności inteligenckiej znad Sekwany na kolejne posunięcia polityczno-militarne Berlina, czy rozpoczętą w pierwszej połowie 1939 roku mobilizację francuskiej armii. Dzienniki prezentują zimną relację paniki, jaka wybucha w Paryżu, jednak podkreśla sztuczność tego zjawiska, która wzmagana przez zobowiązania międzynarodowe staje się działaniem bardziej honorowym niźli militarnym.
We wstępie pojawia się słuszna uwaga redaktorska, że wydany tom jest jedynie wyborem z zapisków Nin z tego okresu; wszak w jakiś sposób trzeba wykroić z 1600 około 500 spójnych stron. Wybór ten budzi pewną wątpliwość, jednak świadomość potrzeby zachowania swoistej diarystycznej prozodii skłania ku przyjęciu w formie zaproponowanej przez edytorkę. Zabieg ten sprawił, że z zapisków Anais Nin z lat 1934-39 wyłania się ostry obraz świata skłaniającego się ku upadkowi. Czytelnik pozostawiany jest przez książkę w dziwnym zawieszeniu, które podsyca jedynie ciekawość. Jest to lektura niełatwa, momentami bardzo gęsta intelektualnie, jednak nigdy nie popada w bezcelowy banał. Autorskie ja jest w niej wycofane niemal do granic zachowania tożsamości na rzecz oni i sprawa, z nieodłączną wartością intelekt. Takie równanie chyba najlepiej oddaje charakter tego tomu dzienników Nin. Skądinąd – znakomitego.

środa, 7 sierpnia 2013

Magdalena Bielska - Miłość w zimie


Co by się stało, gdyby do jednego garnka wrzucić iberoamerykański realizm magiczny, Juliusza Słowackiego, Tomasza Manna i Olgę Tokarczuk? Przyprawić to delikatną nutą J. M. Coetzeego (zwłaszcza z ostatniej powieści), Marii Konopnickiej (z wierszami włoskimi) i po trosze Cyprianem Norwidem? Cóż – wtedy, najprawdopodobniej, wyklarowałaby się książka Magdaleny Bielskiej Miłość w zimie. Jednak nie byłby to pełen kształt. Całość jest ogarniana przez autorkę w sposób ciekawy, melancholijny, ale z pewnością – wciągający.
Książka, uznanej już poetki, jest opowieścią o Rundzie, młodej dziewczynie, nie czującej się na swoim miejscu ani w swojej skórze; zarazem jest to historia jej babci – zbliżającej się coraz szybciej do niepojętego nieuchronnego kobiety, która chce zobaczyć w życiu coś. Złożenie młodości i starości nie jest niczym nowym, jednak w tej książce dochodzi do przenikania się tych dwóch światów – młodość staje się starością; starość, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przeradza się w drugą, faktyczną młodość. Dwie kobiety, reprezentujące zupełnie inne pokolenia, wyruszają w kierunku Italii by tam zobaczyć to i owo, a potem powrócić, pogodzone ze sobą, i oddać się bliżej nieokreślonemu nieuniknionemu. Wyprawa ta przypomina rite de passage – swoisty rytuał przejścia który czyni z przechodzących go nowe byty. Wyprawa ta, przywodząca na myśl Podróż do Ziemi Świętej z Neapolu Słowackiego, jak i świadome afirmacje Marii Konopnickiej w tomie Italia, buduje niepowtarzalny klimat podróży. Jako że babcia może źle znieść podróż lotniczą panie wsiadają do pociągu. W ustępach książki poświęconych podróży pojawiają się liczne nawiązania do Czarodziejskiej góry – opisy wspinaczki kolejowej są dosyć oszczędne, jednak oddają dziwną, senną wręcz atmosferę przemieszczania się. Tu też pojawia się Bielska-poetka – krajobraz jest plastyczny, wciąga wyobraźnię czytelnika w ciekawą grę znaczeń słów.
Bohaterki przewijają się przez różne miejsca, jak chociażby bliżej nieokreślone sanktuarium z superkatedrą (sic!), w którym dzieją się cuda, jednak znajduje się ono w okolicy obszarów działania lokalnych watażków. Dochodzi do strzelaniny a Runda zostaje postrzelona – przynajmniej tak jej się wydaje. Ten fakt, wybitnie cielesny, pozwala jej na rozpoczęcie długiej drogi ku zjednoczeniu physis i psyche, tak charakterystycznego (opisywanego potoczyście przez wczesne Gretkowską i Filipiuk) dojrzewania kobiecego.
Gdy trafiają na jedną z przesiadkowych stacji kolejowych poszukują kogoś, kto podwiezie ich do miasta. Stojące na parkingu taksówki są prowadzone przez mających nieciekawy wygląd panów żądających za przewóz jednego obola, co bohaterkom wydaje się być zbyt wygórowaną ceną. Do tego w kabinach samochodów jest zbyt dużo różnego rodzaju gadów, które wprawdzie nie przeszkadzają pasażerom, jednak w sercach i gustach pań budzą oczywistą niechęć (wszak Charon nie miał dobrej opinii...). Do miasteczka, dziwnym skrótem, dowozi je młody kierowca, który nie oczekuje dużej zapłaty, a zarazem jedzie drogą inną niż jedyny, podobno, prowadzący do miasta most.
Właśnie w takim świecie – niedopowiedzeń, gry ze znaczeniami kulturowymi – dzieje się akcja książki. Miejscowość przypominająca miasta z Anny Inn Olgi Tokarczuk i Dzieciństwa Jezusa Coetzee'go jest światem pomiędzy – zawieszonym w czasie i przestrzeni, odwracającym ład. Są to swoiste zaświaty, w których genezyjska forma (za Słowackim) może się zastać; starość młodnieje, młodość dojrzewa; brakuje jedynie iskry, która przekuje ludzi w anioły.
Mimo licznych, dosyć wyraźnych odwołań literacko-kulturowych do greckich zaświatów i innych, wielkich tekstów literatury polskiej i światowej, Miłość w zimie jest opowieścią poetycką i niebywale pomysłową. Pełna erudycyjnych nawiązań tworzy swój własny, eklektyczny świat, w którym nie brakuje inwencji autorskiej. To połączenie puszcza oko do koncepcji literatury popularnej, a zarazem tworzy opowieść nietuzinkową dzięki talentowi autorki. Książka wprawdzie nie powala powiewami świeżości literackiej, jednak sprawia, że czytelnik po lekturze nie czuje się oszukany. Co więcej – jakby to określił Piotr Skarga – ubogacony. Warto? Tak sądzę.

Eda Ostrowska - Oto stoję w deszczu ciała


Bohater literacki, dokonując autoanalizy literackiej, działać musi według pewnego klucza. Obcowanie z szaleństwem, dotykanie rzeczywistości, zwykłej lub nietuzinkowej, stać się może znakomitym przyczynkiem do powstania opowieści o zapadaniu się w głąb lub powstawaniu z upadku. Bohaterka Ostałowskiej, osoba nieprzystosowana, staje się postacią zanurzoną w modernistycznym dandyzmie i stanie twórczej nadświadomości. Połączenie tego z formą dziennika ioderwanie się od strumienia świadomości, rozumianego jako tyrada słów, daje efekt przynajmniej ciekawy. 
Narratorka, a zarazem jedyna postać w Oto stoję w deszczu ciała Edy Ostałowskiej, jest postacią zanurzoną w dyskursie rozumianym klasycznie, jako tekście przepełnionym, a zarazem przenikającym się z kontekstem. Kompulsywna narracja, prowadzona z przerażającą precyzją temu sprzyja – nie na darmo podtytuł książki brzmi [dziennik studentki]. Jest to, momentami naiwna, relacja z wewnętrznego zapadania się; zanurzania się w swojej niedojrzałości i dodawania komentarza uwznioślającego ten stan.
ówna bohaterka jest zanurzona w oceanie swojej kreacji; staje staje się ona nagle sensem jej życia. Przekracza granicę swojej prezentacji zewnętrznej i zaczyna autentycznie żyć szaleństwem o jakie chce być posądzana. Komentując swoje działania czuje się dobrze; utrwalając swoje przeżycia i afirmacje na kartkach zeszytów przedstawia siebie jako twór hipertekstowy – będący chmurą znaczeń i kontekstów. W jej kreacji przenika się postawa Piotrusia Pana, nie chcącego wydorośleć, z cywilizacyjnym strachem przed dojrzałością i odpowiedzialnością. Narratorka jest dwudziestoletnią kobietą która nie umie znaleźć swojego miejsca w świecie. Za enklawę która może jej pozwolić na przetrwanie tej burzy dojrzałości obiera sobie dom wariatów. Przesiaduje pod jego murami, spaceruje po parku z którego jest jednak wypędzana przez obsługę bojącą się obcych. Chcąc stać się faktycznie uznaną za szaloną, zyskać status romantycznej jurodivej, sięga głębiej po narzędzia autokreacji – pozoruje obłęd (trudno to opisać inaczej), zbiera narzędzia twórcze (sześć zeszytów) i udaje się do swojej ziemi obiecanej.
Obserwuje ona świat i dokładnie opisuje, na modłę Witkacego, stopnie szaleństwa, reakcje na leki i środki psychoaktywne. Relacjonuje stan do jakiego doprowadzają ją leki i pojawiający się faktyczny obłęd. Bohaterka czuje się Twórcą (przez duże T), a im bardziej przekonuje się o swoim wybraniu, tym bardziej oddala się od regulującego normy społeczeństwa. Staje się pełnoprawną, ciałem i duchem, lokatorką domu wariatów. Dopiero to powoduje niemal esencjalistyczne wyznanie zawarte na przedostatniej stronie książki – sztukę tworzą ludzie szaleni, a sam akt tworzenia – nie jest aktem radości lecz bólu. Ten, niemal modernistyczny truizm, staje się, w kontekście narastania szaleństwa płynącego ze stron książki, przebiciem wielkiego bąbla. Bolesnego, chociaż wpadającego w niemożebną pretensjonalność.

sobota, 3 sierpnia 2013

Joanna Fabicka - Second hand



Polski Almodovar – tak głosi nota na okładce. Słowa szumne, odwołujące się do jednego z najbardziej szanownych piewców traumy współczesnego kina; reżysera rozkładającego fakt szoku życiowego na części pierwsze, a zarazem pozostawiającego swoich bohaterów w stanie nieznośnej pustki. Czy książka Joanny Fabickiej sprostała wielkiemu autorytetowi? Cóż, obawiam się że nie.
W powieści Second hand jest wszystko, co powinno charakteryzować dobrą powieść o traumie – Polska B, aspiracje nie do końca na miarę możliwości, alkohol, rozbita rodzina, praca poniżej kwalifikacji a z pewnością marzeń, czasy-słusznie-minione. Niby wszystko jest na miejscu, jednak autorka niejednokrotnie przesadza z wyrazistością przeżyć, dosadnością opisów i głębokością ran, jakie życie zadaje jej bohaterom (bohaterkom – wszak większość to kobiety). Sprawia to wrażenie przerysowania, które odrealnia powieść. Mimo opisywania obszarów zbliżonych do tych, o których pisała Lidia Ostałowska w swoich reportażach, Fabickiej brakuje... umiaru. Narracją zbliża się do Olgi Tokarczuk, jednak brakuje w tym wszystkim ciepła, które przecież charakteryzuje w pewien sposób również kino Almodovarowskie – są bliscy, jest wsparcie; tu tego brakuje. Relacje są płynne, rzec by można – patchworkowe. Nie wróży to, niestety dobrze. Książka ta, dosyć niespodziewanie dla czytelnika, zbliża się do Trocin Krzysztofa Vargi – jest tu między słowami wiele narzekania na świat, Polskę i polskość; na moralność i jej relatywność. Mimo tego, autor Gulaszu z trula nie przytłacza czytelnika taką ilością żółci, jaka wypływa ze stron książki Fabickiej. O ile ten pierwszy wzburza czytelnika przeciw sobie, to autorka Second hand po prostu rozdmuchuje w czytelniku płomień melancholii graniczącej z apatią.
Właśnie w tym można dopatrywać się wielkiej zalety tej książki – nie można jej przeczytać i wzruszyć ramionami. Wywołuje ona emocje i uczucia; staje się przez to jakaś, co nie jest wcale takie oczywiste, jakby zdawać się mogło. Napisana lekko, z zacięciem do ekranizacji, naturalnym podziałem na ujęcia, powracającymi wątkami – sprawia, że przypomina bardziej książkową wersję filmów Wojtka Smarzowskiego niż hiszpańskiego reżysera. Mimo tego – brakuje autorce brutalnej finezji (sic!) jaką wplata w swoje filmy Polak.
Czy do Second handu warto zajrzeć? I tak, i nie. Tak, gdyż jest to książka posiadająca pewien dziwny dynamizm, który może być dla niektórych czytelników magnetyczny. Nie, zwłaszcza gdy ma się gorszy dzień. Tekst ten ma wady, jednak jest napisany z wprawą, jakiej brakuje wielu pisarzom na polskim rynku.

sobota, 30 marca 2013

Jacek Dehnel - Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu




Jacek Dehnel, autor dosyć poczytnych książek z gatunku non-fiction-familly-fiction, pisze felietony między innymi dla „Polityki” oraz portalu Wirtualna Polska. Większość z nich wiąże się z bibliofilstwem i spaczeniem literackim autora. Włóczy się on po ciemnych zaułkach i wynajduje w nich antykwariaty oraz składy staroci, z których krakowskim targiem, wytargowawszy możliwy rabat, wytachuje białe, siwiejące, ale i całkiem normalne, acz ciekawe w swojej dostępności, kruki. I o nich też pisze. A pisze całkiem lotnie.
Najprawdopodobniej na fali licznych publikacji przetwórczych i zbierających wszystko w jedną całość, wydawanych przez współczesnych polskich autorów, Jacek Dehnel postanowił zaznaczyć swoją obecność na rynku. W niemal dwa lata po docenionym Saturnie publikuje nową książkę. Zdawać by się mogło – eseistyczną. Jednak nie; jest to zbiór mniej lub bardziej ukrywających swoją rzeczywistą tożsamość felietonów miłośnika książek z laseczką w dłoni. Jego zamiłowanie do przeszłości skupia się na starych książkach, bowiem to one, różnego rodzaju cimelia, są powodem tworzenia swoistego raptularza (albo i tezaurusa) w obrębie przeznaczonym do zaczernienia dla niemłodego, acz wciąż zaliczającego się do młodzieży, pisarza. Pisze on o znalezionych książkach, często wydanych tylko w kilku egzemplarzach, które zawierają treści niezwykłe i ciekawe. Pisze z przekąsem, świadomie i błyskotliwie, często z wyczuwalnym poczuciem wyższości.
Zawsze zaznaczone jest wyraźne ja. Brakuje tym tekstom jeszcze sporo do wypowiedzi byłego prezydenta trzeciej RP, jednak obecność Jacka Dehnela jako pomiotu czytającego jest tu niepodważalna. Zabieg ten, z całą pewnością świadomy, umożliwia autorowi-czytelnikowi pisanie o swoich wrażeniach lekturowych w sposób, jakiego nie powstydziłby się eseista. Zarazem zachowuje kontakt z rzeczywistością, niezwykle ważny dla felietonistów kolumnowych. Pojawiają się zatem bieżące wydarzenia polityczne, święta, czy inicjatywy społeczne. Wszystko to jednak jest w tle, a na pierwszym planie pozostaje autor i kolejna książka pod jego pachą. To wszak subiektywne, barthesowskie podejście do lektury jako rozkoszy zaspokajania braku prowadzi Dehnela na peryferia literatury, na której wszystkożerca książkowy znajdzie dla siebie niejeden smakowity kąsek. 
Kąsków bowiem tu cały stół szwedzki. Od historii o pisarzach bardziej znanych, do tych mniej znanych; od opowieści o ofiarach do opowieści o katach. A to wszystko wyciągnięte jest z kart książkowych. Ze sporą maestrią, ale i pomysłem.
Wydając zbiór wcześniej opublikowanych tekstów autor niestety nie pokusił się o próbę zatuszowania tego. Pojawiają się w nich informacje o tym, że tekst ów ukazuje się później, niżby autor planował, albowiem zdarzyło się coś, co powoduje, że felieton ten, który czytelnik czyta, objawi się w formie przeznaczonej do lektury dla mas szerszych za tydzień. Albo za dwa. Razić to nie musi, ale sygnalizować może czytelnikowi, że może być delikatnie kiwany. Czekając bowiem na coś nowego, otrzymuje strawę drugiej świeżości, a do tego niefabularną.
Nie twierdzę, że to, co serwuje nowa książka Dehnela jest złe, słabe, czy nie. Bynajmniej! Zbiór ten jest nietuzinkową przestrzenią wyrażenia miłości do książek. Jako szanujący się bibliofil, laureat paszportu Polityki nie wyciąłby na drewnianej, oprawionej w skórę okładce serduszka przebitego piórem. Robi to jednak w formie pisanej. Błyskotliwej, z ogromną ilością treści intertekstualnych i radosnych puszczeń oka do czytelnika. Wszak nie samym tekstem żyje czytelnik.

wtorek, 19 marca 2013

Simon de Beauvoir – Starość

 


Coraz częściej poruszany w ostatnich latach temat ujemnego przyrostu naturalnego i starzenia się społeczeństwa wywołuje znaczne zainteresowanie coraz liczniejszą grupą społeczną . Mowa tu oczywiście o osobach w podeszłym wieku, które do tej pory wypchnięte poza nawias, stają się tak liczne że ich pomijanie w dyskursie nie może być dalej bezkarne (pomijanie w czym?).
Antropologiczny zachwyt nad innymi kulturami, jak i skłonność do innowacji, stały się na przestrzeni lat znakiem rozpoznawczym francuskiej eseistyki. Widoczne było to chociażby w tekstach publikowanych przez ojca współczesnego kulturoznawstwa – Clauda Levi-Straussa, do którego dziedzictwa odwołuje się autorka tekstu Starość – Simone de Beauvoir.
Filozofka, w momencie pisania książki ponad sześćdziesięcioletnia, mówi o rzeczywistości jej bliskiej. Nie odwołuje się do treści abstrakcyjnych, ale zadaje pytanie o to, co dalej będzie działo się z nią jako z jednostką personalną (człowiekiem), jednak przede wszystkim dopytuje się o to, jak jej otoczenie poradzi sobie z tymi zamianami.
W kolejnych esejach, Starość jest bowiem książką eseistyczną, de Beauvoir pokazuje kolejne aspekty podeszłego wieku. Zdaje się ona zadawać pytanie o to, jak sama może widzieć swoją starość. W kolejnych rozdziałach autorka przedstawia najważniejsze dla starości kwestie – relacji rodzinnych, relacji z samym sobą, seksualności. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że jest to książka o jednym – wszechogarniającym poczuciu zamykania się świata. I mimo iż przedstawiane przez Beauvoir historie z życia dzikich mogą napawać optymizmem, to są one zaklinaniem rzeczywistości, wyrażaniem nadziei, że jutro będzie lepiej, bo żyjemy w najlepszym z możliwych światów. Ta funkcja terapeutyczna dominuje książkę – mimo przepełnienia tekstu ciągłymi nawiązaniami do ojca antropologii, autorka używa badań kulturoznawczych przedmiotowo – chce dostrzec siebie i swoją rodzimą kulturę w zwierciadle innych tradycji.
Książka jest napisana pięknym językiem i świetnie przetłumaczona – czyta się ją z niezaprzeczalną przyjemnością. Mimo iż można mieć poczucie, iż autorka uprawia sztukę dla sztuki, to jednak obcowanie z tak dobrym tekstem jest niezwykłym przeżyciem. Nawet mimo prób dydaktyzowania, jakich można znaleźć całkiem sporo.
Pisana w szczególnym momencie książka wydaje się być dedykowana do osób starszych, a przynajmniej w wieku bliskim autorce w momencie pisania. Bowiem właśnie to „postawienie kropki nad i” w pewnym momencie historycznym sprawia, że nie jest to tekst aktualny. Zachwycać może obszarem poruszanej tematyki, jednak anachroniczność przedstawianych faktów, nieopartych jeszcze o neuropsychologię znacząco spłyca problemy, do których zabiera się de Beauvoir. Nie służy to książce, jednak jest to ciekawy dokument epoki, scheda po myśleniu już zamierzchłym, a które kształtowało się jednocześnie z myślą Lacana, Foucaulta i Barthesa.
Starość podejmuje temat bieżący, jednak jest momentami anachroniczna. Jednocześnie ten brak aktualności tłumaczeń autorki jest niwelowany przez jej humanistyczne podejście do świata – pełne omówień, ale i wysiłków, mających dać zrozumienie. I właśnie dla tych, jakże eseistycznych, wysiłków warto do tej książki zajrzeć. Świata ona nie naprawia – skądże; zwraca jednak uwagę na zjawiska, których jesteśmy świadkami, a które przewidywano cztery dekady wcześniej.


poniedziałek, 4 marca 2013

Alice Munro – Taniec szczęśliwych cieni



Autorka Tańca szczęśliwych cieni to mistrzyni krótkich form literackich. Co to oznaczać może? Mistrzostwo, ale i słabość – bardzo łatwo bowiem można spłycić tę krótką formę literacką.). Opowiadania, nowele, szkice – te gatunku literackie uważane są za proste do napisania głównie ze względu na ich kształt, konstrukcję i długość. Frazes ten okazać się może morderczy dla zbioru opowiadań; często krótkie formy przestają być autentycznie wyrwane z rzeczywistości, a zaczynają być niesfornie poruszającymi się opowieściami, w których składność nie jest cechą dominującą. Jednak gdy czytelnik ma wrażenie dziwnej pełni, to należy pamiętać, że coś w takiej prozie – krótkiej czy długiej – dzieje. A u Munro dzieje się naprawdę dużo.
Pisząc o autorach naprawdę wybitnych, trudno nie tworzyć peanu na cześć ich twórczości. W przypadku opowiadań Alice Munro trudno nie popaść w ton zachwytu. Jej historie, często dosyć rozbudowane, formalnie są klasycznymi opowiadaniami (nie bez powodu porownywana jest do Czechowa). Mają swój początek, ciekawe rozwinięcie i błyskotliwe zakończenie. Autorka tworzy mikroskopijne narracje, które przy minimalnej ilości środków użytych na obszarze kilkunastu stron stają się interesującymi całościami, które wychodzą daleko poza ramy jednego wątku narracji. Zdolność ta, niezwykle rzadka u autorów opowiadań, staje się cechą charakterystyczną opowieści zawartych w Tańcu szczęśliwych cieni. Teksty te, mimo iż dotyczą jedynie wybranego wydarzenia, za pomocą dobrze dobranych metod – retrospekcji, wspomnień werbalnych czy żartów sytuacyjnych – pozwalają czytelnikowi na zrozumienie szerszego kontekstu, który niejednokrotnie zmienia wszystko. Spotkanie po latach czy podkoloryzowany profil psychologiczno-zawodowy poprzedniego lokatora sprawiają, że zachowania bohaterów nabierają nowego znaczenia. Pozorna nieśmiałość staje się powracającą czkawką zaprzepaszczonej szansy, a pozorna troska ingerencją w życie.
Mimo tych oczywistych rozwiązań autorka w swoich tekstach zadaje pytanie o obszar funkcjonowania pozoru w świadomości ludzkiej. Posługuje się przy tym często narracją z poziomu dziecka – widzenie świata, pozbawione efektów socjalizacji wtórnej, często różni się od prostego obserwowania tego-co-się-dzieje. Takie zderzenia pokazują ogromną rolę konwencji w relacjach międzyludzkich, ale i na gruby płaszcz, jaki na nasze komunikaty nakładają niedomówienia i podteksty. Mimo tego – nie wchodzi ona w rolę moralizatorki; jej obserwacje są naturalne. Ubranie ich w szatę literacką daje wrażenie naturalności.
Kolejną rzeczą, która przebija przez teksty Munro jest ich lekkość i werbalność. Czytając je można odnieść wrażenie, że narracja pierwszoosbowa jest tu tylko zabiegiem mającym służyć opowiedzeniu czegoś czytelnikowi. Nie z katedry książki – bynajmniej; tu opowieść jest płynna, intymna, błaha i niebanalna zarazem. Łatwość, z jaką autorka pisze (mówi?) jest niesamowita. Książka nie męczy; co więcej – wciąga. Pozostawiając niedosyt wynikający z krótkości formy opowiadania, uzupełnia historię niedopowiedzianą przemilczeniami i półsłówkami.
Taniec szczęśliwych cieni Alice Munro jest zbiorem nieprzeciętnym. Jej opowieści trafiają w sedno, język i kształtowanie myśli zachwyca. Jest to lektura z pewnością godna uwagi nie tylko z powodu utytułowania jej autorki

niedziela, 3 marca 2013

Mo Yan – Zmiany



Dyskusja, jaka rozpoczęła się w związku z przyznaniem literackiej nagrody Nobla człowiekowi reżimu w Chinach osiągnęła zaskakujące rozmiary. Wypowiadały się autorytety, pisma literackie i opiniotwórcze. Każdy chciał zabrać głos w sprawie dosyć wagi. Zwłaszcza, że jeden noblista krytykuje innego noblistę za niemożność dostosowania się. Taki ruch wykonał bowiem Mo Yan – ubiegłoroczny laureat, permanentny ironista i prześmiewca rzeczywistości.
Zmiany są reklamowane jako jedyna autobiograficzna powieść Mo Yana. Owszem – jest to książka opisująca losy autora-bohatera, jednak nie jest ona wbrew pozorom głosem w dyskusji. Książka ta opowiada historię młodego chłopaka, który pragnąc wiedzy, okazywał się być niesfornym uczniakiem. Uczniakiem, który został wydalony ze szkoły, a przywiązanie – czy to do miejsca, czy to atmosfery szkoły – utrudniało mu przyjęcie porażki. Po różnych perypetiach życiowych trafił do wojska, gdzie dzięki swojej błyskotliwości zaczął być doceniany jako nauczyciel. To wojsko bowiem uświadomiło młodemu bohaterowi, że jego szkoła podstawowa była jedną z najlepszych w regionie. To, pozornie, szczątkowe wykształcenie dało mu szansę awansu społecznego i podjęcia studiów.
Zarys fabuły nie jest tu niezbędny. W tej książce chodzić może o coś innego. Czytając opowieść Mo Yana, na myśl mi przychodziła historia Czesława Miłosza opisana w Zniewolonym umyśle i Rodzinnej Europie. Te dwie książki eseistyczne rzucają nowe światło na interpretację książki wieszcza Chin Ludowych. Polski noblista otwarcie stwierdza, że gdyby nie socjalizm, nie byłby tym, kim jest. Jego twórczość by się nie przebiła, nie byłby drukowany; zaginąłby jako kolejny autor, który pisał do szuflady, albo swoich znajomych. Z kolei rzeczywistość ludowa dała mu nową szansę na życie. Życie literackie, ale i polityczne. Gdyby podobnie spojrzeć na Zmiany, dostrzec można wiele analogii między dwoma autorami. Chińczyk przyznaje między wierszami, że mimo iż elitą intelektualną pozostawał element reakcyjny, to jednak otwarcie szkół i jego awans społeczny dały mu szansę. Szansę dał mu nowy ustrój.
W książce pojawia się też ciekawy dystans do wyższego wykształcenia i akademii, jako miejsca, gdzie trafić można było przypadkowo, jednak bez posiadania wiedzy trudno było się tam utrzymać. Bohater-autor trafia na wyższą uczelnię po pięciu klasach podstawówki, bez podjęcia nauki w liceum, co pokazywać może z jednej strony jego geniusz, z drugiej – wyższość inteligencji nad dokumentacją wykształcenia. Widoczny jest w tej książce łagodny antyakademizm, podobny do tego, jaki pojawia się w Krainie wódki Mo Yana; tu – jest wskazanie niskiego poziomu edukacji i przyznawania tytułów naukowych osobom, które na to nie zasługują; w Krainie – pozorność i względność edukacji wyższej. Te treści nabierają nowego znaczenia w kontekście historii samego bohatera. Bo czy to jest historia autora? Trudno to stwierdzić jednoznacznie.
Opowieść, mimo iż pozornie pochodząca od jednego narratora, nagle rozbija się na kilka podmiotów mówiących. Mamy więc głównego, odautorskiego narratora; pojawiają się poza nim jego przyjaciele, którzy opowiadają historie związane z wydarzeniami wspólnymi dla nich; często rozszerzające świat przedstawiony o nową historię – jakże wspólną dla nich obu. W tych historiach przewija się prowincja i zderzenie jej z przepychem nowoczesnego, chińskiego miasta. Pojawiają się w nich też nierówności społeczne i kombinatorstwo – napiętnowane przez ustrój i niemile widziane w świecie najprawdziwszej równości.
Mo Yan stworzył opowieść pozornie prostą, jednak niosącą w sobie obraz zmian w Chinach. W tych samych słowach dodał też swoje dopowiedzenie do toczącej się debaty. A tam, mimo iż o wiele młodsza niż jego książka, może wiele zyskać na lekturze dosyć starej opowieści o losach kogoś, kto jako żywo przypomina Miłosza.

niedziela, 17 lutego 2013

Błażej Przygodzki – Z chirurgiczną precyzją



Afera łowców skór już dawno przebrzmiała, jednak tematyka lekarzy-oprawców staje się znowu popularna za sprawą wokandy. Odpowiedzią na to zapotrzebowanie wydaje się być książka Błażeja Przygodzki o przygodach kardiologa o złotym sercu, ale też nie do końca pewnych zamiarach, na które złe światło rzuca dziwna buteleczka w szafce.
Kryminały i thrillery medyczne zawsze straszyły – w miarę świadomy czytelnik wie, że gdy pacjent jest pod narkozą, zdarzyć się może wszystko. Również lekarze, nie zawsze są uważani za w pełni godnych zaufania. A ich wiarygodność znacząco spada, gdy nagle dwóch pacjentów jednego lekarza, dosyć dziwnym trafem, odchodzi na tamten świat, albo ich odejście jest bliskie. W takiej sytuacji znajduje się Hubert Kłosowski – kardiolog w jednym z wrocławskich szpitali. Bohater wyróżnia się ze swego otoczenia nietypowym ubiorem, oryginalnym stylem życia, ale i niepodważalną kompetencją. Poznajemy go jako człowieka młodego i dynamicznego, nie mającego najmniejszych wątpliwości co do swojej pozycji w szpitalu. Rozstawia po kątach studentów, personel pielęgniarski ubóstwia go i ze względu na jego urodę i szarmanckość. Jednak ciekawość wzbudzać może zaznaczanie obecności kilku postaci, pozornie zlewających się z masą, a które dla fabuły są ważne. Nie jest to zabieg do końca fortunny, albowiem łamie on prozodię i może sugerować rozwiązanie.
Bohater ma niewielkie problemy z powodu przepisywania dodatkowych badań swoim pacjentom, co dosyć skutecznie irytuje dyrektora finansowego, który, jak chyba w każdej opowieści o lekarzach, jest w pozycji advocatus diaboli. Mimo drobnych incydentów, jego życie toczy się normalnie, a nawet coraz lepiej. Kłosowski bowiem trafia w szpitalu na kobietę, której ojciec  trafia na ostry dyżur. Tam zawiązuje się ważna nić fabularna – romans, jakże ważny dla fabuły, ale i bohatera.
Spisek zawiązuje się w około dwóch ciał – jednego już na sto procent martwego (albowiem i po sekcji i po stwierdzeniu zgonu), drugiego – ze stwierdzoną śmiercią mózgu. Obaj mężczyźni giną w podobnym czasie, a okoliczności ich przejścia na Abrahamowe łono – niewyjaśnione. Jeden z nich, bokser i brakarz w klubie, chodzący okaz zdrowia, zostaje znaleziony po udarze przy basenie miejskim. Drugi – zostaje zaatakowany przez nieznanego sprawcę na parkingu swojej firmy; ze skutkiem letalnym dla mózgu. Obaj byli pacjentami doktora Kłosowskiego, co rzuca na niego cień podejrzenia. Również nieoczekiwana wizyta w szpitalu, do którego trafił pobity, rzuca na niego podejrzenie śledczych.  Jak się okazuje – troska i altruizm okazują się być dla niego… brzemienne w skutkach.
Wrocław staje się w ostatnich latach siedzibą kryminału – wiele fabuł rozgrywa się w tym szczególnym mieście; mieście-polskim-Lwowie. O nim to pisze często autor Śmierci w Breslau Marek Krajewski, o tym piszą inny. Wielu innych. Miasto to, obdarzone szczególnym klimatem, pełne jest różnorakich zakamarków. Jednak nie taki Wrocław widzi Przygodzki; jego miasto jest z jednej strony nowoczesne, a z drugiej – wciąż nasiąknięte historią, jednak nie lwowską. Bohaterowie są tutejsi, wrocławscy; nie odwołują się do resentymentu lwowskiego.
Mimo tego, są postacie są względnie sztampowe – czytelnicy wiedzą o nich tyle, ile wiedzieć powinni. Wprawdzie policjanci mają rodziny, a lekarze swoje domy i partnerów/partnerki, to kalka kryminału jest realizowana w książce tej niezwykle skrupulatnie. Mamy dobrych ludzi, których spotyka coś złego, pada na nich podejrzenie, które nie powinno paść na nich. Są dobrzy policjanci, którzy oddają pracy swoje życie i poszukują prawdy w świecie, gdzie tą akurat zakrywają ponure chmury mordu. Są też ci źli – umoczeni funkcjonariusze, niesprzyjające innym persony i morderca. Albo morderczyni – tego kryminał uczy nie wskazywać.
Mimo tej sztampowości, książka wciąga. Język jest bardzo spójny i przejrzysty – rzadko zdarza się, żeby kryminał nie był pisany niejako na siłę; wielokrotnie pojawiają się w tego typu książkach rozwiązania fabularne, nad którymi autorzy nie panują, a przez to niszczą, często niezły, zamysł. Ta opowieść po prostu płynie – jest naprawdę rzadki przypadek kryminału, który czyta się z przyjemnością. Przygodzki opanował znakomicie język polski, co widać w tekście (ale i scenariuszach, których współautorem jest). Trzysta stron z górą potrafi bardzo szybko minąć – a tak mają zazwyczaj książki dobre. A niuanse zawarte w tekście są jak przyprawy; jest ich tyle, by wzbogacić smak książki. Takim dodatkiem są reprinty stworzonych na potrzeby książki dokumentów, w których jest błąd. Cóż – pierwsze dwa wskazują na rok 2011 jako czas akcji; ostatni, jak i adnotacja na okładce – mają za taki rok… 2012. Chochlik drukarski robi czasem swoje.
Kolejnym zabiegiem, który zwraca uwagę na tę konkretną książkę, jest zakres poruszanych tematów; mimo, że podejście do nich przypomina to ze Star Treka, czyli jedynie zaakcentowanie ich obecność w książce, to jednak sam fakt świadomości jest godny odnotowania. Reakcja na homoseksualizm, inną formę życia czy też na radzenie sobie z chorobą kogoś bliskiego – te tematy pojawiają się w tle, jednak ich obecność w literaturze nie jest powszechna. Wprawdzie w kryminałach Asy Larsson pojawiają się figury związków osób tej samej płci, to jednak na polskim gruncie jest to pewne novum, a z pewnością wyjątek nie będący regułą. Podobnie to ma się do kwestii odłączania od aparatury osób dotkniętych śmiercią mózgu – temat ten pojawia się i umiera w mediach, jednak jego zaobserwowanie, nawet tylko na potrzeby książki, zwraca uwagę na pole, w obrębie którego należy mieć swoje zdanie. Podobnie sprawa ma się z głośnym ostatnio procesem kardiologa oskarżonego o korupcję – nagłówki gazet w książce są zadziwiająco podobne do tych, które pojawiały się w czasie nasilenia sporu na wokandzie w świecie rzeczywistym. To, jak i podjęcie w książce tematu niejako na czasie może być uznane za zabieg polityczny, ale i społeczny. Z pewnością ciekawy.
Z chirurgiczną precyzją jest kryminałem dobrym. Nie stanowi przełomu, jednak poziom językowy i dynamika opowieści sprawiają, że książka ta zasługuje na uwagę. Również różnego rodzaju niuanse przemawiają za tą książką. A jakie? Na pewno sposób mordu i osoba. Bo tu pomysłowość autorska jest naprawdę zaskakująca. I, co rzadko się zdarza, przekonująca.