Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Czarna Owca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Czarna Owca. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 marca 2014

Maria Sveland - Zgorzkniała pizda



Kryzys wieku średniego został opisany niezwykle plastycznie w literaturze i kinematografii. Jest to temat wdzięczny, głównie za sprawą swojej klarowności i łatwości ocen. Jednak między okresem dojrzewania i wchodzenia w dorosłość, charakterystycznym dla nastolatków stających się dwudziestolatkami, a czasem będącym progiem późnej dojrzałości , otwieranym przez magiczny, czterdziesty rok życia, jest wiele miejsca pomiędzy, które nie spotyka się z nadmiarem uwagi ze strony twórców. O ile bowiem dużo pisze się o odnoszonych wtedy sukcesach, o tyle brakuje narracji dotyczących miejsca w społeczeństwie i przystawalności do wyznaczanych przez nie ról.  Taką niszę opowieści wypełnia norweska dziennikarka Maria Sveland ze swoją książką Zgorzkniała pizda.
Mamy zatem kobietę, do której cech charakterystycznych należy wiek (lat trzydzieści), wygląd (raczej przeciętny) oraz fakt bycia od niedawna matką. Pojawia się jednak pęknięcie w lustrze przeciętności – bohaterka prozy Sveland udaje się w kilka miesięcy po narodzinach swego pierwszego dziecka w podróż na Teneryfę. Samotną podróż.
XX udaje się zatem do raju dla par, jednak jako prawdopodobnie  jedyna osoba w samolocie, leci tam sama; odczuwa wszystkie związane z tym konsekwencje, gdyż udaje się do świata, gdzie druga osoba płaci o połowę mniej. To odczucie społecznego nakazu bycia z kimś staje się głównym motorem napędowym książki, która, pod pozorem fabularności, jest błyskotliwie sformułowanym opisem przeżycia przdstawicielek określonej grupy wiekowej. Akcja toczy się bowiem na dwóch płaszczyznach: strumienia świadomości bohaterki, sączącej drinka na balkonie przyzwoitego hotelu na Teneryfie, oraz dosyć mocno skonkretyzowanej opowieści dotyczącej jej przeszłości, wspominanej na zasadzie dadaistycznej zabawy w retrospekcje. W ciągu narracji oba te elementy się uzupełniają, i tak też gdy bohaterka czyni w  myślach uwagi dotyczące związków, wraca do świata  wspomnień i próbuje w racjonalny sposób zrozumieć swoją reakcję. Jest to ciekawy sposób prowadzenia narracji – książka dzięki temu nie jest banalna i staje się przekonująca.
Za niezwykle cenne w tej pozycji uważam trzy elementy. Pierwszym z nich jest pokazanie kulturowego uwarunkowania pewnych zachowań, które szokują, gdy dochodzi do ich złamania. Najlepszym tego przykładem jest scena, w której bohaterka, wraz ze swoją przyjaciółką, zaczynają zachowywać się zaczepnie wobec mężczyzn: zawłaszczają męską rolę w zwyczajowym tańcu godowym i wychodzą z roli pasywnej w sytuacji podrywu. Dziewczyny, uwodząc mężczyzn, zaczynają używać sformułowań wykorzystywanych przez nich w takich sytuacjach. Takie podejście pozwala na wyjście poza utarte szlaki i pokazanie w nowym świetle zachowań w gruncie rzeczy śmiesznych, które jednak, przedstawiane w jasno określonej otoczce, mogą być akceptowane i stają się jasnym aktem niezgody na przedmiotowe traktowanie. Ten akt demaskacji pozwala uświadomić brutalne kulturowe uwikłanie relacji damsko-męskich w sytuacji szeroko pojętych zalotów.
Drugim, nie mniej ważnym elementem, jest wejście narratorki/bohaterki książki w rolę cynicznego obserwatora: udając się na Teneryfę sama wyłamuje się ze schematu – może dzięki temu pozwolić sobie na więcej, naśmiewać się z konwencji takich jak role przy basenie, czy zasadność zakładania stringów na treningi w klubach fitness.  W sposób błyskotliwy obnaża wiele zwyczajów, których komentowanie jest uznawane albo za wstydliwe albo seksistowskie.
Wreszcie – bohaterka na tę Teneryfę udaje się sama; opisuje przy tym trudny proces bycia matką, zmęczenie związane z ciążą, docieranie się ze swoim partnerem w nowej sytuacji życiowej, kryzysy, częste upadki i rzadkie wzloty. Bohaterka pokazuje mniej pozytywne aspekty rodzicielstwa; dziecko staje się w jej związku z jednej strony obiektem miłości, a z drugiej – przedmiotem (lub raczej powodem) konfliktów z partnerem. Jest to niezwykle ciekawa narracja, zwłaszcza w epoce fetyszyzacji ciąży i macierzyństwa; właśnie takie, rzadkie, lecz jawiące się jako uczciwe, podejście zdaje się tłumaczyć przyczynę międzynarodowości tego bestseleru.
Sveland poprzez wyjście poza konwencję opisu początkowo szokuje, jednak wraz z zagłębianiem się w świat swojej bohaterki czytelni(cz)k(a) dostrzec może złożony i ciekawy konstrukt odwołujący się do motywu every(wo)man. Rzadko bowiem spotkać się można z opisem wprost negującym idealność macierzyństwa, a prezentacja każdego z tych pęknięć jest z jednej strony poruszająca, a z drugie – mocno szokuje.
Zgorzkniałość tytułowej pizdy staje się tu synonimem jej cynizmu – krytycznego i uszczypliwego przebywania w świecie. Dużo tu o stereotypach, a najciekawsze są ustępy o przeżywaniu ciąży, dla których warto tę książkę przeczytać; permanentne demaskowanie postaw, które w wykonaniu płci przeciwnej są dopuszczalne. A opis macho mięknących na dźwięk pytania o stan narządów płciowych – bezcenny.

czwartek, 2 stycznia 2014

Mariusz Zielke - Formacja trójkąta





Dobra fabuła thrillera winna być wartka niczym zdrój bijący z przerwanej tętnicy. Taką zdaje się obiecywać informacja na okładce nowej książki Mariusz Zielke – skandalizującej (podobno) Formacji trójkąta. Czy jednak jest to akcja pierwszego sortu?

Na początku należy sobie wyjaśnić kilka rzeczy: nowa proza autora Wyroku nie jest niczym odkrywczym ani powalającym. Swoją formułą nawiązuje mocno do niedawno wydanej prozy Miłoszewskiego (Bezcenny) – jest spisek, wykracza on znacznie poza granice nadwiślańskiego kraju; są również uwikłani w owy spisek przedstawiciele władz z okolic warszawskiej Wiejskiej oraz inne, niekoniecznie przyjazne wywiady zagraniczne. Wszystko zaczyna się od morderstwa – z rąk nieznanego sprawcy ginie szef warszawskiej giełdy; jego niefortunnemu spotkaniu się z ołowiem towarzyszy zniknięcie rejestru zamknięcia giełdy. Prace powzięte dla wyjażnienia tej sprawy zaczynają budzić wątpliwości, gdyż dochodzenie zostaje odebrane policji i przekazane wyższym, rządowym instancjom. Sprawą tą zaczyna interesować się Bartek Milik, dziennikarz gazety specjalizującej się w opisywaniu historii z parkietu rodem. We wnikaniu w tę sprawę skutecznie pomaga mu przyjaciel z dochodzeniówki i agentka ABW. Dzięki informacjom pozyskiwanym od nich Milik szybko staje się liczącą siłą w światku publicystyki śledczej; wzmacnia swoją pozycję w redakcji, zaczyna być kojarzoną postacią.
Nie da się oprzeć wrażeniu, że Formacja trójkąta opowiada ciekawą historię – akcja jest wartka, jej zwroty faktycznie zaskakują, a zakończenie nie sprawia wrażenia wziętego z sufitu; jednak, jak wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach – a tu Zielke zaczyna się gubić. Pęknięcia pojawiają się gdy czytelnik zaczyna przystawać w fabule i skupiać się na detalach. Pojawiać się tu zaczynają nieciągłości i niedoróbki budzące rozczarowanie. Fabuła potrafi się rwać, brakuje chwilami płynności i konsekwencji przyczynowo-skutkowej; nad wyraz ciekawym przypadkiem jest kwestia listu gończego, którego odium niemal przez cały czas akcji obciążeni są główny bohater i pomagająca mu agentka rządowej agencji. Nie przeszkadza im to w obecności na konferencjach prasowych, mniej i bardziej formalnych spotkaniach z władzami i organami ścigania; zauważenie tych elementów skutecznie odbiera radość lektury. Kwestie takie jak zagubienie broni służbowej, przypadkowe morderstwo, ciągłe powracanie do czasów wojen gangów z początku lat 90. minionego wieku czy teczka, która nagle przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie skutecznie dewaluują rozwój akcji; trudno je zauważyć, gdyż autor co raz podtyka pod nos czytelnika nowe wątki, które, owszem, prowadzą ku rozwiązaniu, lecz nie pozwalają się skupić na szczegółach; sprawia to wrażenie ciągłego popędzania, jakoby w obawie, że odbiorca dostrzec może pęknięcia w dekoracjach.
W Formacji trójkąta dużo jest wdzięczenia się do nowych mediów; zbliża się przez to do niezwykle wpływowego House of cards (i książki, na motywach której powstał serial) – sytuacja ta sytuuje Milika w roli Zoe Barnes, a agentkę Martę (której niemal brakuje nazwiska...) – Francoisa Underwoodsa. Zagrywka ciekawa, jednak w sposób zbyt uproszczony odwołująca się do polskiej sceny medialnej. Właśnie ta hermetyczność środowiska zdaje się tu być z jednej strony zaletą, a z drugiej – wadą. Czytelnik z łatwością odczytuje nawiązania do polskiej prasy i mediów.
Poszukujący sensacji i opowieści puszczających oko do teorii spiskowych, które twierdzą, że polityka jest tylko przykrywką dla wielkich pieniędzy i interesów szarych eminencji, znajdą w tej książce potwierdzenie swoich przeczuć. Autor wyraźnie gra na tych relacjach, czego dowodem jest notka na stronie poprzedzającej rozpoczęcie – emotikon może sygnalizować dystans, ale i być przewrotnym potwierdzeniem. Gra na niedomówieniach jest intrygująca, jednak ciągłe uderzanie w ten sam dźwięk może zmęczyć. Najlepszym przykładem wyeksploatowania motywu jest postać ojca głównego bohatera – pojawia się on niemal jak widmo z Dziadów i po prostu patrzy; cóż z tego, że oceniająco. Gdyby ten zabieg pojawił się w książce dwa-trzy razy – miałby on odpowiednią wagę; pojawia się on jednak zdecydowanie za często. A co najgorsze – ojciec, mimo tworzenia mitu swego opornictwa za czasów słusznie minionych, okazał się być mniej niechętny systemowi, niż przekazywał swemu synowi.
Mimo tej litanii niedoróbek książka ma jedną, ogromną zaletę – akcję. Jest wartka i warta uwagi, co nie jest tak oczywiste na gruncie literatury spod znaku trupa. Bo ten pojawia się w książce niejednokrotnie, a sposoby pozbawiania życia kolejnych bohaterów budzić mogą pewien zachwyt; dosyć szczególny zachwyt. Po Formację trójkąta sięgnąć warto, jednak nie należy się po niej spodziewać górnolotnych myśli i precyzji godnej Joyce'a; przyjąwszy takie zasady nowa proza Zielkego zapewnia dobrą rozrywkę. Naprawdę dobrą.

sobota, 20 lipca 2013

Andres de la Motte - buzz



Nie tak dawno czytałem krótką recenzję jednego z sequeli kina akcji w której krytyk stwierdzał, że drugie części są rezalizowane według prostego schematu – więcej, mocniej, szybciej, a poza tym nic nowego się nie dzieje. Jednak w wypadku książki Andreasa de la Motte buzz jest inaczej. Dzieje się ciut więcej, jednak to, co się dzieje, jest o wiele ciekawsze niż w pierwszej części. Henrik nie jest już zbuntowany. Tym razem jest wkurzony.
Historia opisana w pierwszej części historii o Henriku Pattersonie zwanej [geim] była w dużej mierze odtwórcza; przedstawione losy bohatera były zaczerpnięte z literatury popularnej, zabrakło im polotu. W drugiej części opowieści sprawy fabularne są o wiele bardziej interesujące, a język – dotrzymuje im kroku.
Henrik, po przejściach z firmą organizującą tytułową Grę, błąka się po świecie w poszukiwaniu ukojenia i spokoju. Ma kłopoty ze sobą, snem i kontrolą nad rzeczywistością. Z siedmiocyfrową kwotą na koncie korzysta z życia jak tylko może aż do chwili, w której na jego drodze staje frapująca kobieta, z którą spędza upojny poranek, po czym zostaje wyproszony, również przez nią, z pokoju. Ta sama białogłowa ginie w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach, a bohater zostaje oskarżony o popełnienie tego niecnego czynu. Czynu w afekcie, wszak urażony kochanek to dobry motyw.
Wszystko byłoby w porządku (o ile sytuację można uznać za taką), gdyby nie to, że bliskowschodni kraj, w którym przebywał Henrik, nie jest miejscem przyjaznym dla morderców, a z pewnością takim nie są tamtejsze więzienia, bowiem domniemany zbrodniarz trafia tam niemal natychmiastowo.
Sprawa, na jego szczęście, wyjaśnia się po „torturach wstępnych”, i jeden z przesłuchujących proponuje mu współpracę w celu odszukania prawdziwych zleceniodawców i wykonawców wyroku na kobiecie. W tym celu bohater udaje się na w rodzimą Skandynawię.
W sferze fabularnej dzieje się sporo ciekawych rzeczy, a klimat książki jest obiecujący. Ze stron bije duchotą i mroczną melancholią co sprawia, że czytelnik od początku lektury ma wrażenie obcowania z obiecującą pozycją. Tako też jest – de la Mote z lekkością przepuszcza przez słowa uładzoną wersję teorii spiskowych dotyczących władzy w Internecie, ale też wprowadza ciekawy element kreacji bohaterów. Henrikowi daje szansę na dojrzenie, a jego siostrze – na słabość. Wszystko to jest jednak względne, czego dowodzą opisane w książce wydarzenia.
Obecna mocno w poprzedniej części historii podwójna narracja opisująca losy rodzeństwa pojawia się też w buzz-ie. Pojawiają się w ich relacji interakcje, które prowadzą do zbliżenia się rodzeństwa. Siostra zaczyna czuć się bardziej człowiekiem niż maszyną, a brat – czuje, że w końcu do czegoś się nadaje. Te dwa, pozornie błahe elementy, sprawiają, że postaci płaskie w pierwszej części opowieści nagle stają się wypukłe i naznaczone pewną ilością detali, które odróżniają je od masy podobnych pozycji.
Nie da się zaprzeczyć temu, że buzz jest książką, która przetwarza wzorce. Więcej w niej jednak kreatywności w snuciu intrygi, mniej klisz z kryminałów i thrillerów, nie do przecenienia jest inwencja autorska. A to z pewnością rokuje dobrze.
Czy buzz ma prawo aspirować do Nobla? Nie, z pewnością. Jednak jako pozycja czytana dla rozrywki, i to godziwej, z pewnością się sprawdzi. Zakończenie nie zaskakuje, ale i nie rozczarowuje. Czyta się dobrze, a czytelnik znający [geim] może czuć się zaskoczony pozytywnie – językiem, fabułą i postaciami. Z pewnością – warto zajrzeć, chociaż na chwilę, w księgarni. I potem wziąć do domu.

wtorek, 19 marca 2013

Simon de Beauvoir – Starość

 


Coraz częściej poruszany w ostatnich latach temat ujemnego przyrostu naturalnego i starzenia się społeczeństwa wywołuje znaczne zainteresowanie coraz liczniejszą grupą społeczną . Mowa tu oczywiście o osobach w podeszłym wieku, które do tej pory wypchnięte poza nawias, stają się tak liczne że ich pomijanie w dyskursie nie może być dalej bezkarne (pomijanie w czym?).
Antropologiczny zachwyt nad innymi kulturami, jak i skłonność do innowacji, stały się na przestrzeni lat znakiem rozpoznawczym francuskiej eseistyki. Widoczne było to chociażby w tekstach publikowanych przez ojca współczesnego kulturoznawstwa – Clauda Levi-Straussa, do którego dziedzictwa odwołuje się autorka tekstu Starość – Simone de Beauvoir.
Filozofka, w momencie pisania książki ponad sześćdziesięcioletnia, mówi o rzeczywistości jej bliskiej. Nie odwołuje się do treści abstrakcyjnych, ale zadaje pytanie o to, co dalej będzie działo się z nią jako z jednostką personalną (człowiekiem), jednak przede wszystkim dopytuje się o to, jak jej otoczenie poradzi sobie z tymi zamianami.
W kolejnych esejach, Starość jest bowiem książką eseistyczną, de Beauvoir pokazuje kolejne aspekty podeszłego wieku. Zdaje się ona zadawać pytanie o to, jak sama może widzieć swoją starość. W kolejnych rozdziałach autorka przedstawia najważniejsze dla starości kwestie – relacji rodzinnych, relacji z samym sobą, seksualności. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że jest to książka o jednym – wszechogarniającym poczuciu zamykania się świata. I mimo iż przedstawiane przez Beauvoir historie z życia dzikich mogą napawać optymizmem, to są one zaklinaniem rzeczywistości, wyrażaniem nadziei, że jutro będzie lepiej, bo żyjemy w najlepszym z możliwych światów. Ta funkcja terapeutyczna dominuje książkę – mimo przepełnienia tekstu ciągłymi nawiązaniami do ojca antropologii, autorka używa badań kulturoznawczych przedmiotowo – chce dostrzec siebie i swoją rodzimą kulturę w zwierciadle innych tradycji.
Książka jest napisana pięknym językiem i świetnie przetłumaczona – czyta się ją z niezaprzeczalną przyjemnością. Mimo iż można mieć poczucie, iż autorka uprawia sztukę dla sztuki, to jednak obcowanie z tak dobrym tekstem jest niezwykłym przeżyciem. Nawet mimo prób dydaktyzowania, jakich można znaleźć całkiem sporo.
Pisana w szczególnym momencie książka wydaje się być dedykowana do osób starszych, a przynajmniej w wieku bliskim autorce w momencie pisania. Bowiem właśnie to „postawienie kropki nad i” w pewnym momencie historycznym sprawia, że nie jest to tekst aktualny. Zachwycać może obszarem poruszanej tematyki, jednak anachroniczność przedstawianych faktów, nieopartych jeszcze o neuropsychologię znacząco spłyca problemy, do których zabiera się de Beauvoir. Nie służy to książce, jednak jest to ciekawy dokument epoki, scheda po myśleniu już zamierzchłym, a które kształtowało się jednocześnie z myślą Lacana, Foucaulta i Barthesa.
Starość podejmuje temat bieżący, jednak jest momentami anachroniczna. Jednocześnie ten brak aktualności tłumaczeń autorki jest niwelowany przez jej humanistyczne podejście do świata – pełne omówień, ale i wysiłków, mających dać zrozumienie. I właśnie dla tych, jakże eseistycznych, wysiłków warto do tej książki zajrzeć. Świata ona nie naprawia – skądże; zwraca jednak uwagę na zjawiska, których jesteśmy świadkami, a które przewidywano cztery dekady wcześniej.


środa, 19 września 2012

Gra – Anders de la Motte



Kryminały i thrillery są mocną stroną szwedzkiej literatury. Co ciekawe – mimo nad wyraz spokojnego społeczeństwa państwo to stało się światową stolicą książek opisujących krwawe morderstwa i groźne spiski przeciw władzy. Tako też i jest w przypadku nowej książki wydawnictwa Czarna Owca – Gry Andersa de la Motte’a.
Poznajemy w książce Henrika HP Pattersona – człowieka z przeszłością kryminalną, który nagle znajduje telefon. Telefon, na którym zaczynają się pojawiać wiadomości kierowane imiennie do niego. Zapraszają one do wzięcia udziału w Grze. Niepokojony kilkukrotnie pytaniami w końcu się zgadza i natychmiast niemal otrzymuje propozycję wykonania zadania – przechwycenia parasola od jednego z podróżujących kolejką podmiejską pasażerów. Wszystko to musi filmować za pomocą kamery telefonu. Po powrocie do domu dowiaduje się, że jego zadanie zostało zarejestrowane jeszcze przez kogoś, a oba nagrania z wykonania zadania są dostępne na stronie internetowej Gry. Działa to pobudzająco na głodne tego typu podniet ego HP, który w Grze otrzymuje numerek 128. Zachęca go również gratyfikacja pieniężna – za każdy punkt zdobyty w grze otrzymuje on jednego dolara, a, jak się okazuje, za dobrze wykonane zadania nikt punktów nie skąpi. Jest to o tyle interesujące dla bohatera, że jego przychody nie są ani do końca regularne, ani do końca legalne. Coraz bardziej wciąga się on w rozgrywki wykonując zadania będące na granicy prawa lub ją wprost przekraczające.  Jak się z czasem okazuje – nie zmierzające ku niczemu dobremu.
Równoległą historią jest opowieść o funkcjonariuszce służb ochrony rządu – Rebece Normen. Kobiecie również z przeszłością, jak się okazuje w trakcie opowieści – siostrze HP, która w wyniku perypetii życiowych została zmuszona do zmiany nazwiska. Jest ona oddaną pracy osobą z problemami wewnętrznymi, wręcz paranoiczną perfekcjonistką, która nie jest w stanie wybaczyć sobie chwili słabości. Poznajemy ją, gdy opiekuje się jedną z dostojniczek szwedzkiego rządu. W trakcie jej zmiany dochodzi do prowokacji działaczy ekologicznych, w trakcie której wykazuje się ona znakomitymi umiejętnościami opanowywania sytuacji zagrożenia. Po tym incydencie trafia ona do elitarnej grupy funkcjonariuszy sprawujących pieczę nad najważniejszymi w państwie – królem i premierem. Traktuje to jako wyróżnienie, ale i powód do coraz szerzej zakrojonego samodoskonalenia. Jak się okazuje – bardzo skutecznego.
Książka w swojej warstwie fabularnej jest wyraźnie kierowana do czytelnika szwedzkiego – jest to widoczne poprzez mocne osadzenie jej w klimacie tamtejszych miast, z dokładnymi opisami ulic, lokalizacji oraz skandynawskiego krajobrazu. Z kolei to pozwala zrozumieć, dlaczego wiele, o ile nie większość wątków, które pojawiły się w książce wydawać się może dla średnio zaznajomionego z książkami i filmami o spiskach znanymi. Powoduje to pewien niesmak, gdyż zakończenie w takiej sytuacji okazuje się być przewidywalne. Przewijanie się w całej książce cytatów z najważniejszych filmów sensacyjnych i dreszczowców o spiskowym zabarwieniu (Brudny Harry, Raport pelikana, Martix, czy którąkolwiek z książek chociażby Grishama) ciekawie zabarwia sam tekst, jednak gdyby było ich mniej książka by na tym zyskiwała, a nie nudziła stosowaniem wciąż tego samego chwytu. Również język z fragmentów opowiadających o Henriku jest męczący – można odnieść wrażenie, że autor (tłumacz?) na siłę próbował go uwspółcześnić i, wręcz, przekolokwializować. Stwarza to drażniącą manierę, która nie wpływa na korzyść książki. Również dialogi nie są mocną stroną pana de la Motte – niektóre są naiwne, inne trochę rażą. Z drugiej strony – narracja dotycząca Rebeki okazuje się być zbalansowaną opowieścią o osobie walczącej ze swoimi problemami, ale i uwikłanej w ciekawe stosunki zależności. I właśnie to ta część książki jest najmocniejsza – postać funkcjonariuszki służb ochrony rządu jest postacią niejednoznaczną, i chociaż stworzona jest sztampowo, nie kończy ona jako taka. Jeśli taki miał być zamiar autora – chwała mu za to. Jeśli wyszło to w wyniku spontanicznych zmian w tekście… cóż.
Mocną stroną książki okazują się być postacie drugiego planu – partner Rebeki, przyjaciel Henrika czy też spotkany przez niego w pewnym momencie człowiek kiedyś związany z Grą poprawiają realną wartość książki o wiele bardziej, niż niemal sztampowo rozpisane zakończenie. Jeśli ktoś oglądał Eagle eye lub Echelon conspiracy mniej więcej na początku będzie w stanie przewidzieć o ile nie sam rozwój wypadków, to zakończenie. Niewykluczone, że w Szwecji drugi z tych filmów nie jest znany (jest to raczej niskobudżetowa produkcja), jednak nie oznacza to, że kopiowanie fabuły jest czymś do zaakceptowania.
Mimo tych wad Gra wydaje się być książką dosyć ciekawą. Zaskakuje pozytywnie stosowanie ciekawego chwytu kontynuowania narracji osobistej bohaterów po ich rozstaniu się; narracji mocno emocjonalnych, ma się rozumieć. Przewidywalność też jest wadą względną – jeśli ktoś nie zaznajomił się za bardzo z twórczością z nurtu spiskowego nie powinien być rozczarowany. Sądzę, że dla samych postaci drugoplanowych warto zwrócić uwagę na tę pozycję – ciekawie tworzą one tło osadzone mocno w kulturze i społeczeństwie skandynawskim. Mimo zastrzeżeń – książka godna lektury. 

poniedziałek, 21 maja 2012

Anna Bolecka – Cadyk i dziewczyna


Formuła okupowanej Warszawy jest w praktyce wyczerpana. Napisano już wiele książek – zarówno beletrystycznych, jak i naukowych, o tym jak wyglądało to życie. Jednak sięga po nią autorka Cadyka i dziewczyny by zrobić z niej względnie oryginalną opowieść o obowiązku, więzach krwi i nie do końca jasnym podejściu do życia.
Poznajemy młodą Żydówkę – Polę Rubin, którą ze swoją wiarą łączą jedynie więzy krwi. Podobnie jak znaczna część polskich semitów czuje się bardziej związana z krajem, w którym żyje. Jednak w dniu rozpoczęcia drugiej wojny światowej przestaje znaczyć cokolwiek. Dla wkraczających do Polski oddziałów niemieckich asymilacja to puste słowo. Z jej perspektywy oglądamy okupowaną Warszawę, poznajemy jej losy i decyzje, niejednokrotnie trudne, niemal zawsze obciążone ryzykiem demaskowania i śmierci.
Drugim, wyraźnie mniej istotnym wątkiem, jest opowieść o córce warszawskiego cadyka. Jej rodzina została ewakuowana w pierwszych dniach wojny, a ona, przebywając w sanatorium otwockim, nie mogła podzielić losu swojej rodziny. Nie da się jednak pozbyć wrażenia, że ten element opowieści, jak i wątki z nim związane, są odrobinę na doczepkę.
Opowieść zahacza o warszawskie zoo w którym ukrywano Żydów, o ucieczki przed mogącymi zadenuncjować Polakami, kwestie czystości krwi i sposoby ukrycia tego, co mogło zdradzić ukrywającego się pod dobrym wyglądem człowieka. Jest to jednak wciąż tło dla rozważań i działań Poli.
Mimo tej otoczki, Cadyk i dziewczyna okazuje się być obyczajową książką połączoną z delikatnym romansem. Postać panny Rubin jest o tyle znacząca, że wiąże niemal wszystkie wątki w całość – zarówno zoo, jak i getto stają się ważne w jej życiorysie. Również otwockie sanatorium, za sprawą jej kochanka (tamtejszego lekarza) staje się czytelnikowi, za jej sprawą, bliskie. Wielokrotnie autorka dopuszcza się eufemizacji świata przedstawionego – opisy warszawskiego getta z roku 1942 są przeestetyzowane, odrealnione. Również sama postać Poli nie jest do końca autentyczna – jej przemyślenia, momentami dziecinne, nie wiążą się ze zdroworozsądkowymi zachowaniami. Również postać niemieckiego majora, który podejmuje się wywiezienia z Polski cadyka z rodziną nie jest przekonująca.
Książce brakuje konsekwencji – pojawiają się liczne luki, niedopowiedzenia, niejasności. Ciekawa postać córki cadyka jest tu sprowadzona wyłącznie do roli osoby, która jest poszukiwana, a jej losy – opisane nad wyraz skrótowo. W czasie lektury można odnieść wrażenie, że w pewnym momencie książka traci swój impet – opisy stają się coraz bardziej zdawkowe, pomysł na opowieść jakby się wypalał. Niestety – akurat to rzuca się w oczy. W książce również pojawiają się błędy merytoryczne – słowa nowotestamentalnego Przykazania Miłości w ustach cadyka znaleźć się nie powinny.
Mimo tych wad książka jest napisana sprawnie – język, mimo że nieskomplikowany, nie sprawia wrażenia naiwnego. Jako lektura do pociągu, na urlop – Cadyk i dziewczynka, moim zdaniem, sprawdzi się świetnie właśnie dzięki tym dwóm cechom.