Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krytyka polityczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krytyka polityczna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 marca 2014

Tony Judt – Brzemię odpowiedzialności. Blum, Camus, Aron i Francja w XX wieku



Tony Judt, ceniony historyk i myśliciel, opisuje w swojej książce eseistycznej trzy niezwykle istotne postaci dla historii myśli socjalistycznej XX wieku we Francji i nie tylko. Mowa tu o Leonie Blumie, Albercie Camusie oraz Raymondzie Aronie – piewcach rozsądku i umiaru, bliskich socjalizmowi, który stał się obiektem nadużyć w dobie radykalizacji poglądów, przed i po II wojnie światowej.
Blum, Camus i Aron przez wiele lat byli odrzucani przez środowiska lewicowe. Elementem łączącym ich był fakt krytykowania przez nich postaw skrajnych i populistycznych. Mimo swoich związków ze środowiskami lewicowymi dalecy byli od myśli rewolucyjnej, która raz po raz prześwitywała przez działania rządów i środowisk zadeklarowanych demokratycznie. W tym wszystkim jest jednak również wyraźna sugestia, powtarzana niejako za Arendt, że totalitaryzmy i uwikłanie się w nie jest w istocie banalne. Są one pociągające w swojej formie, a brak oporu oznacza przyzwolenie.
Losy bohaterów esejów autora Powojnia są relacjonowane chronologicznie – wiele miejsca poświęca elementom, które, w jego ocenie, zaważyły o takiej a nie innej orientacji politycznej i stosunku do rzeczywistości. Nie usiłuje ich jednak ubrązowić, lecz przedstawić (w miarę) bezstronny obraz, przy czym nie zaprzecza, że uznaje ich za autorytety.  
Judt konsekwentnie przedstawia trzech Francuzów jako piewców humanizmu, którzy pełną realizację swoich ideałów znaleźli w socjalizmie. Reprezentowali oni reakcję środowisk intelektualnych na klarujące się w ojczyźnie bagietek oraz sami niejednokrotnie odczuwali konsekwencje swojej jednoznacznej postawy – czy to przez nagonkę medialną (Camus), czy to przez ostracyzm polityczny (Blum). Brytyjski eseista zdaje się podnosić ten problem po raz kolejny w dwojakim celu: chce pokazać problemy, z jakimi ścierać musi się wolna myśl oraz przeformułowane stwierdzenie prawda zawsze zwycięży (wszak wszyscy jego bohaterowie doczekali się pewnej nobilitacji – czy to za życia, czy to po śmierci). Jest to pozornie tanie moralizatorstwo, jednak stoi za nim ciekawa deklaracja światopoglądowa – Judt widzi w nich zbiór postaw, które powinny być kluczowe dla pragnących wybić się na intelektualną niepodległość. Zwłaszcza gdy nie można mówić o swobodzie geopolitycznej.
Warto zarazem zastrzec jedną rzecz – nie jest to książka łatwa do opisania; jej lektura to bardzo ciekawa przygoda intelektualna, która daje wiele radości, ale jest też wymagająca. Judt nie bawi się w przypisy, lecz odwołuje do wiedzy czytelnika, przez co nie zahacza ani o szkolność ani o naiwność, o które warto przy opisywaniu postaci tej rangi.

niedziela, 21 lipca 2013

Michaela Houellebecq, Bernarda-Henri Levy - Wrogowie publiczni

 

Korespondencja, epistolarność, intymność – takie skojarzenia budzi większość zbiorów listów, którymi wymieniają się dwie osoby. Pozostaje w nich krzta ducha autorskiego, obnażonego w akcie niemal perwersyjnego odtwarzania własnej myśli i przedkładania jej drugiej, często bliskiej – czy to życiowo, czy to intelektualnie – osobie. Taką sytuację konwersacji prowadzonej przy pomocy różnych mediów przedstawia wydawnictwo Krytyki Politycznej w zbiorze korespondencji Michela Houellebecq'a i Bernarda-Henri Levy'ego o znaczącym tytule Wrogowie publiczni. Walczą słowem, spostrzeżeniami, ironią. I zazwyczaj trafiają w cel.
Książka ta, jak większość zbiorów korespondencji, ma charakter oderwany od kontekstu. Wprawdzie autorzy datują kolejne listy, jednak ich główny sens pozostaje zawieszony w czymś, co można nazwać „intelektualną chmurą”. To sformułowanie zdaje się dobrze oddawać zawarte w pozycji znaczenia. Mimo faktu komentowania bieżących wydarzeń, „listowni rozmówcy” omawiają zjawiska opierając się o popularną we Francji szkołę annal; zjawiska których są obserwatorami służą im za przyczynek do przedstawienia bardziej złożonych analiz kontekstowych, zanurzonych w niemal obłędnym oczytaniu dwóch znanych intelektualistów. Odwołują się oni w korespondencji do luźnych i subiektywnych skojarzeń lekturowych i historycznych. Komentując zjawiska, zarówno społeczne jak i kulturowe, krążą wokoło swoich „ciemnych legend”, które niejednokrotnie wyprzedzają ich samych.
Jak już wspomniałem – trudno nakreślić główną tematykę tej książki. Jest ona płynna, niemal jak Baumanowska „płynna nowoczesność”, jednak jest w niej zaskakująco dużo eseistyczności. Rację wszak miał Lejeune twierdząc, że za autobiograficzne gatunki można uznać zarówno listy, jak i eseje, przy czym jedne i drugie mogą się nierzadko przenikać. W tym zbiorze można mówić nawet o dialogu eseistycznym – tak daleko zapuszczają się w głąb eseistycznej jaskini dwaj autorzy-bohaterowie tej dyskusji. Komentują długie trwanie prądów dekonstrukcyjnych, odnoszą się do postmodernizmu jako do formacji kulturowej; opatrują komentarzem sprawy polityczne i moralne Francji, zwłaszcza w kontekście prezydenta Mitterrand'a i wprowadzenia przez niego, czy to za życia, czy to po śmierci, zupełnego novum w myśleniu o społeczeństwie obywatelskim i nowoczesnej, ponapoleońskiej demokracji.
Korespondencja dwóch francuskich intelektualistów nie na darmo nosi miano Wrogowie publiczni; wszak dwaj panowie mają wszak niezbyt dobrą opinię na świecie a zwłaszcza – w światku intelektualistów. Houellebecq cieszy się famą wiecznie niezadowolonego narzekacza, którego bardzo sprawnie naśladuje chociażby Krzysztof Varga w „Trocinach”, któremu wiecznie coś nie pasuje, a z pewnością nie daje niemal żadnej pozytywnej recepty wynikającej z jego obserwacji. Levy z kolei nie lubiany jest w swojej ojczyźnie za krytyczne podejście do historii i nazywanie rzeczy po imieniu, z pominięciem poprawności politycznej. Nie będąc lubianymi, w swoich listach wychodzą z pozycji niezależnych komentatorów, nastawionych krytycznie do rzeczywistości; nie udają, że chcą bawić się w ugrzeczniające gierki ze sobą (ani z czytelnikiem), lecz otwarcie poddają krytyce historię, siebie i kontekst kulturowy który ich ukształtował i kształtuje młodszych od nich. Bez pustego zacietrzewienia, ale z lekkością (wszak pochodzą z kraju Montaigne'a) i intelektualną, trzeźwą werwą. Nie jest to książka łatwa, jednak warto do niej zajrzeć chociaż na chwilę – z pewnością warto.

niedziela, 24 marca 2013

Czesław Miłosz – Góry Parnasu




Książka pogrobowa, do tej pory znana jedynie w kręgach literaturoznawców; jej istnienie, nie do końca jasne, jest obarczone ciężarem przeszłości i teraźniejszości autora. Forma, której autor nie uznaje za wystarczająco dostojną i szlachetną, wstydliwa dla wielkiego poety, okazała się być niewystarczająca. Mimo tego trzecia książka fabularna polskiego Noblisty – Czesława Miłosza
– w końcu ukazała się na polskim rynku wydawniczym.
Parafrazując Miłoszowskie credo poetyckie stwierdzić można, że to, co zawarte jest
w Górach Parnasu „prozą do końca nie jest”. Fabuła w książce jest szczątkowa – służy ona jedynie do wytworzenia sztucznej sytuacji nadawczej, która pozwalałaby na przedstawienie poglądów samego autora. Jest to proza czy traktat filozoficzny?
W świecie, w którym funkcjonuje przesyt życiem, a zarazem niemal zupełnie eugeniczna rzeczywistość, w której większe zagrożenie stanowi śmierć z własnej ręki, niż zgon spowodowany chorobą lub w wyniku działania osób trzecich, największym mordercą jest nuda i brak poczucia sensowności. Państwo wprawdzie wprowadza narzędzia regulujące ten negatywny proces, jednak poczucie bezsensu pogłębionego przez sztucznie narzucone regulacje populacji powoduje jeszcze większy spadek morale mieszkańców.
Tytuł nawiązuje w sposób oczywisty do sztucznie wytworzonej przestrzeni klasztoru, miejsca dumania, w którym artysta może faktycznie oddać się twórczości. Zbytni tłok świata,
w którym mieszkają osoby deklarujące te same wartości powoduje przesyt i miałkość. W masie średniaków trudniej jest wychwycić jednostki genialne, wszak krzywa Gausa nie jest narzędziem niesłusznym. Co gorsza – powszechność dostępu do obszaru do tej pory zarezerwowanego dla wybrańców muz skutkowała zalewem populacji, która skutecznie obniża poziom większości.
Sztuczne podtrzymywanie wysokiej populacji twórców owocuje ich eliminacją – tajne organy państwa skutecznie wykonują swoją pracę, powodując, dosyć nieświadomie, jeszcze dotkliwsze obniżanie poziomu mieszkańców gór.
Tekst jest zbyt rozczłonkowany by nazwać go spójną prozą. Jest to zbiór tekstów opisujących świat, zbiór głosów dotyczących sytuacji w książce; nie jest to jednak coś, co według kategorii literackich nazwać by można było powieścią. Miłosz łamie ciąg narracji – każdy z rozdziałów jest formą prezentacji jego poglądów. Odbiega od opowieści na rzecz zbioru traktatów narracyjnych. Zaistnienie tej książki w świecie przyszłości – świecie science-fiction – jest próbą wyjścia autora z impasu językowego. Używa on narzędzi wytworzonych przez Witkacego – prozy absurdu, nowego języka, wychodzenia poza ramy języka poważnego. Powołując się na formę literatury oderwanej od rzeczywistości Miłosz pozwala sobie na niepoważność, która w poważnym świecie może stać się śmieszna, ale w świecie traktowanym z przymrużeniem oka wyłamanie się z kształtu narzuconego nie jest niczym nagannym. Noblista sięgając po taką właśnie formułę zyskał nowe pole ekspresji. Widząc świat, w którym powszechność działalności artystycznej była przytłaczająca, a poziom tejże był odwrotnie proporcjonalny do ilości parających się służbą muzom, Czesław z Miłoszów przeżywał szok. Wychowany na romantycznych ideałach poety, doświadczony przez szczytne ideały państwa demokracji ludowej w Berkley, w którym to przebywał w czasie pisania Gór Parnasu, w nowej sytuacji doświadczał szoku poznawczego: młodzi ludzie, zachwyceni ideałami socjalistycznymi, hołdowali regułom demokratyczno-ludowym, ale i twórczym – każdy wszak mógł być twórcą.
W takim świecie nazwanie rzeczy po imieniu nie pozwalałoby na utrzymanie siły przekazu. Miłoszowe gromienie ex cathedra, powszechne wśród kadry profesorskiej amerykańskich uniwersytetów w czasie rewolucji obyczajowej, zatonęłoby w morzy podobnej, niestety – powierzchownej – krytyki. Jednak sięgnięcie po nowy język, język niepoważny, wchodzący niejako w relację z mową jurodiwych, pozwalał na opisanie nowych przeżyć w sposób operujący w obszarze śmieszności, a zarazem nienarażonym na wyśmianie poprzez sformułowanie myśli w konwencji niepoważnej. Ta przestrzeń umownego Hyde Parku pozwala autorowi na wypowiedzenie treści nowych – krytykę zaślepienia ludzkiego, głupoty propagowanej przy powszechnym przyzwoleniu, czy też doraźności promowanych wzorców kulturowych i filozoficznych.
Miłosz przedstawia w tej książce swoje credo literackie i filozoficzne. Góry Parnasu stać się mogą miejscem przedstawienia jego stosunku do literatury, podług którego parać się rozmową z muzami mogą jedynie wybrani przez nie. Ciągłe zagadywanie tych boskich stworzeń powoduje ich zagadanie, odwrócenie uwagi od rzeczy naprawdę ważnych – od prawdziwej twórczości. Sztuka staje się tu pewnym rodzajem tabletki Mutri Binga, która odbiera strach przed odrzuceniem i obdarza odwagą i pewnością siebie. Skojarzenie z Witkiewiczem-synem jest tu niemal oczywiste. Pomijając kwestie biograficzne (Miłoszowa proweniencja katastroficzna, wspólna z autorem Pożegnania jesieni), trzecia proza Noblisty jest zabawą z literaturą na miarę Nienasycenia. Podobnie jak wrześniowy samobójca tworzy tekst, który do zaistnienia potrzebuje formy prozatorskiej. Jego obecność pozwala na eksperymentowanie z formą (które po Pałubie zadomowiło się w polskiej literaturze), wskazywanie pęknięć w niej oraz na wychodzenie poza granice wyznaczane przez potencjalną opowieść. Bo ta właśnie potencjalność jest w tekście niezwykle istotna.
Wspomniane już Nienasycenie może być uznane za filozoficzne wyznanie Witkacego. Podobnie sytuacja przedstawia się tutaj. Miłosz, mimo iż wcześniej przedstawił pokusy, jakimi nęci idea socjalistyczna w Zniewolonym umyśle, w prozie pokazuje się stanowiskiem ofensywnym. Przedstawia on świat spaczony przez powszechność dostępu do pewnych dóbr, ale i antypacyfistyczne podejście, swoistą brutalną eugenikę, która pozwala dopatrywać się w konfliktach zbrojnych naturalnego katharsis społeczeństwa. Jednak ta brutalność poglądów pisarza ma sens jedynie w kontekście, rzec by można – w sosie, który wytworzyły środowiska pacyfistyczne w latach 60. i 70. w Stanach Zjednoczonych, a które autor mógł obserwować w swoim otoczeniu.
W tekście wprowadza ciekawą koncepcję biowładzy, którą rozwijał przez wiele lat Michael Foucault. Władza sprawowana nad społeczeństwem zamieszkującym świat gór Parnasu w pewnym momencie zaczęła stosować przymusową czystkę w społeczeństwie, której klucz pozostawał nieznany, jednak hipoteza wiążąca te zniknięcia z miałkością podmiotów dotkniętych tym procesem nie daje spokoju czytelnikowi ani narratorowi. Niepewność podsycana przez ostatniego pozostawia ten element niewyjaśnionym.
Ciekawostką związaną z tą książką jest jej objętość. Tekst napisany dłonią Noblisty ma około 70 stron. Przedmowa i posłowia – niemal tyle samo. Tworzą one częściowo kontekst dla książki, a zarazem nakierowują na pewną interpretację tekstu. Interpretację różniącą się, moim zdaniem, od tej, którą przedstawiłem w tych akapitach. Czy to dobrze, czy to źle – nie wiem. Niechaj niejaki Stanley Fish rozstrzygnie.
Góry Parnasu nie są prozą. Proza jest tylko punktem zaczepienia tej książki w przestrzeni literatury. Jest to w rzeczywistości niezwykle subtelny i krytyczny traktat filozoficzny, w którym Czesław Miłosz przedstawia swoją własną filozofię. Co prawda odbitą w czerwonym lustrze upstrzonym kwiatami, to jednak wciąż niezwykle ciekawą i, co nie mniej frapujące, niezwykle romantyczną. 

poniedziałek, 26 listopada 2012

Agata Bielik-Robson – Żyj i pozwól żyć



Socjologia i filozofia zawsze przenikały się w wielu miejscach. Obszary obserwacji, wielokrotnie wspólne, inspirowały do wydawania sądów, pogłębiania analiz, dostrzegania innych odcieni spraw. Rzadko jednak spotykana jest taka lekkość wyrażania przemyśleń. Agata Bielik-Robson wyłamuje się jednak z ciężkości języka akademickiego i mówi w sposób prosty o odczutych na własnej skórze skutkach przemian społecznych i politycznych.
Wywiady-rzeki pojawiają się w ostatnich latach jak grzyby po deszczu. Pomijając marketingową popularność publikacji, okazują się one być znakomitym narzędziem prezentacji szeroko pojętej prywatności postaci centralnych. Agata Bielik-Robson przedstawia otwarcie swoje naukowe i prywatne ja – odpowiada otwarcie na pytania Michała Sutowskiego, jednak pozostawia sporo obszaru nieprzedstawionego. Z drugiej strony – żyjąc w dyskursach należy się spodziewać omówień a nie punktowania. 
Przedstawia się ona jako obserwatorka i zdystansowana komentatorka wydarzeń ostatnich dwóch dekad Polski Ludowej, ale i początku demokracji w Polsce. Mimo iż rozmowa ta jest skupiona na postaci socjolożki okazuje się być ona jedynie przyczynkiem do rozmowy o kwestiach rozleglejszych; odpowiedzi często demaskują i dekonstruują wielkie mity ostatnich dekad – Solidarność, idealistyczne przedstawienie młodzieży strajkującej za czasów PRL i pozorną głębokość debaty politycznej i społecznej w Polsce. Naoczne świadectwo bohaterki książki jest o tyle dosadne, co dające do myślenia  - stworzenie glosy do wydarzeń znanych z kart historii najnowszej jest momentami trudne do stawienia. Dosadne sądy, jasno określone poglądy Bielik-Robson wielokrotnie nie pozostawiają suchej nitki na komentowanych kwestiach – wspomina ona pomijane wydarzenia, jak i wypowiada się na tematy spłycane jak chociażby uczucia młodzieży tłamszonej przez ustrój.
Język Robson jest niezwykle plastyczny. Mimo niepodważalnego wykształcenia akademickiego posługuje się ona piękną i przejrzystą polszczyzną, wolną od ciężkości dyskursu, a zarazem okraszoną stosownymi do sytuacji epitetami. W jej odpowiedziach nie ma sztampy, rozmowa ją cieszy i widać to niemal w każdym zdaniu – nie ma w niej sztuczności, zadęcia ani prób reklamowania siebie jako określonej koncepcji człowieka. Po drugiej stronie stołu czuć jednak pewną sztywność – Michał Sutowski nie daje się ponieść swobodzie jaką proponuje w rozmowie Bielik-Robson. Ta sztywność nie jest tu jednak oznaką braku kompetencji; bynajmniej – rozmówcy są niezwykle błyskotliwi i zorientowani zarówno w myśli społecznej jak i politycznej ostatnich kilku wieków, wiedzą o czym mówią i ani przez chwilę nie ma się poczucia żeby któraś ze stron udawała cokolwiek lub przesadnie stroiła się w piórka na potrzeby rozmowy. Czytelnik ma wrażenie że osoby, których wypowiedzi czyta, znają się przynajmniej nieźle – buduje to autentyczność książki.
Charakter książki pozwala poznać lepiej jedną z ważniejszych postaci współczesnej inteligencji Polskiej – jej decyzje, postawę życiową i miejsce, w którym teraz jest w życiu. Odnosząc się do doświadczeń wyniesionych z kilkuletniego pobytu w Anglii uzasadnia wielokrotnie sygnalizowany dystans wobec środowisk inteligencji krajowej, jednak wychodzi ona daleko poza szczątkowe oceny poparte osobistymi (często) niesnaskami – znajomość innych systemów formułowania dyskursu publicznego i intelektualnego nie zawęża jej podejścia tylko do nadwiślańskiego podwórka. Z drugiej strony – siła argumentów często jest tu miażdżąca. Bielik-Robson nie zostawia zbyt wiele pola do popisu dla swoich oponentów w potencjalnej dyskusji – mimo swoich oczywistych, retorycznych zalet, budować może to poczucie niższości u czytelnika, niezależnie od poglądów.
Cenne w odpowiedziach Robson jest zdystansowanie się jej do większości jasno określonych środowisk w Polsce. Przyznaje się ona do szczątkowych sympatii niemal na każdym odcinku sceny politycznej – dostrzega dobre strony w działalności wielu kontrowersyjnych polityków i działaczy społecznych. Nie boi się krytykować, ale też chwali. Robi to bez protekcjonizmu, jednak otwartość umysłu reprezentowana przez socjolożkę zdumiewa.
Mimo swojego pozornie potocznego charakteru Żyj i pozwól żyć Agaty Bielik-Robson i Michała Sutowskiego jest książką wymagającą i zmuszającą do przemyśleń. Dobrą rozmową, niepozbawioną ikry i dosyć mocnego żartu, ale z pewnością pouczającą.

wtorek, 1 lutego 2011

Jarosław Stawirej - Masakra profana




Każda kolejna strona wiązała się z salwą śmiechu. Salwą wypaloną prosto w przestrzeń. Salwą odpaloną przez masakryczny w profanujący (a może – profetyzujący) sposób tekst. Obrazoburczy, prześmiewcy, ironiczny, szalony, nonsensowny, a, zarazem, na swój sposób mądry. Pierwsze słowa Zielonej mili mówią, że śmiejmy się najczęściej z tego, czego boimy się najbardziej – czy tak może czuć się czytelnik. Albo – czy taki był zamiar?
Adnotacja na okładce jest skierowana prosto do czytelnika – odbiorca tekstu jest pytany o to, jak by była jego reakcja na bycie wybranym przez Jezusa. Sam tytuł wskazuje na ciężkie przejścia, jakie mogą być tego skutkiem dla przeciętnego profana. Jak jest?
Z pewnością śmiesznie – pierwsze strony książki przedstawiają nam przeciętnego japiszona, który niewierząc, reprezentuje dyskryminowaną większość seksualną i raczej nie żyje z zgodzie z Dekalogiem, ceniąc przy tym gazetę z „W” w nazwie. Nagle oczom jego ukazuje się Matka Boska i mówi mu, że został wybrany (czy też namaszczony) przez Jej Syna na proroka, który będzie niósł Dobrą Nowinę we współczesnym mu świecie. Bohater, jak łatwo się domyśleć, nie tryska aprobatą, jednak nie ma wyboru – zostaje włączony do grupy, którą uważał jeszcze niedawno za śmieszną i bliską mu równie jak planeta w konstelacji Raka. O fakcie swojego wybrania mówi swojej dziewczynie, która reaguje na to przerażeniem godnym niewiernego, któremu przed oczami wyrósł nagle rosły krzyżowiec z mieczem dwuręcznym w dłoniach. Przerwana zostaje sielanka, a bohater naznaczony stygmatami; są one powodem jego zwolnienia, gdyż ujawniają się one w czasie ważnej dla bohatera prezentacji w firmie.
Od momentu zwolnienia do z pracy akcja nabiera tempa i po chwili bohater, wydzielając cudowną woń kwiatów i nie czując żadnych nieprzyjaznych człowiekowi warunków bytowo-atmosferycznych, prosto z ławki w parku (gdyż traci cały swój doczesny dobytek) trafia do zakładu dla obłąkanych. Tam dowiaduje się, że nie jest jedynym człowiekiem, który twierdzi, że ma objawienia maryjne, gdyż z górą dwustu pensjonariuszy tego przybytku intelektualnych rozkoszy jest podobnego, co on zdania. Po pełnej delikatnego uroku kuracji nasz bohater zostaje uznany przez lekarza prowadzącego za całkowicie zdrowego – zarówno fizycznie, jak i psychicznie; werdykt lekarza jest jednoznaczny – nasz bohater ma objawienia. A dalej... dalej jest tylko śmieszniej.
Książka serwuje ironiczny humor dużymi porcjami – zarówno poprzez słowa jak i sytuacje, jakie są w tekście opisane. Od pierwszych stron książka oswaja czytelnika z obrazoburczymi zestawieniami, które mogą urażać czytelnika wierzącego, jednak najczęściej są to wypaczone delikatnie spostrzeżenia przeciętnego człowieka patrzącego z boku na wydarzenia w Polsce i świecie.
Sama fabuła jest ciekawą mieszanką klasycznego mitu (wspaniale nakreślony motyw podróży, bohatera pokonującego liczne przeciwności, będącego w dużym stopniu narzędziem w rękach sił wyższych, ciekawie powracający motyw kobiety, jak i jej roli w społeczeństwie) z tekstami apokryficznymi, pismami Ojców Kościoła, hagiografiami średniowiecznymi (bowiem bohaterowi zdarza się trafić w miejsca o żywo je przypominające, a także przybrać cechy świętych wieków średnich, których ciało, umacniane przez Boga, znosiło trudności, cierpienia i niewygody, wydzielając przy tym woń kwiatów, najczęściej po śmierci), opowiastki filozoficznej i botoksu. Zbudowana w formie tryptyku odnosi się do wzorców średniowiecznego budowania traktatów filozoficznych, a zarazem, poprzez nazwy trzech rozdziałów, odnosi się w jakiś sposób do Pisma Świętego.
Pisanie o czymś wulgarnym w sposób lotny było dotychczas znakiem jakościowym Stasiuka, jednak młodsze pokolenia pisarskie potrafią dotrzymać kroku, czego dowodem jest Masakra. Fraza książki jest lekka, trafna, dobrze dobrana; język – opanowany w wysokim stopniu. Czasem można zadziwić się, jak można pisać o absurdzie w tak lotny sposób.
Liczne wątki przeplatając się w najmniej spodziewany sposób (krew ze stygmatu, kapiąc w oko szefowej bohatera, która to popełniła samobójstwo poprzez iniekcję podręcznej porcji botoksu, przywraca ją do życia), epatując czystym nonsnsem, wywołują salwy śmiechu. Przy czym nie jest to śmiech do końca pusty – wyśmiewane są wady społeczeństwa polskiego: jego zaślepienie i potrzebę realnego transcendentu, którą zapełnić może pierwsza z brzegu informacja z okładki tabloidu. Końcowy tryumf rozumu (wziętego za ingerencję bożą) nad metafizyką jest tego doskonałym obrazem. Książka jest niewątpliwie obrazoburcza, może obrażać uczucia religijne, jednak wskazuje zarazem śmieszność dewocji w czystej, i nie tylko, formie.
Masakra profana jest książką godną polecenia – czyta się ją dobrze, chociaż lektura w autobusie może skutkować zdziwieniem współpodróżnych – doprawdy – czasem trudno ukryć śmich. Śmiech, który staje się potężnym orężem w dłoniach narratora. Jednak, jak to mawiał Foucault, przeciw komu jest skierowany?
Odpowiedzcie sobie sami.