Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Litera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Litera. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 grudnia 2016

Matthew Thomas – Przypomnij mi, kim jestem



Dramat na trzy osoby? Tym jest Przypomnij mi, kim jestem Matthew Thomasa. To ostra opowieść, w której autor nie patyczkuje się ani z bohaterami ani z Tobą, Czytelniku. To historia o ludziach dotkniętych Alzheimerem. Bo nigdy nie jest dramat jednej osoby. Ale jeśli sięgniesz po tę książkę, to nie spodziewaj się kawy na ławie. Tu wszystko odbywa się powoli, ale zmierza w kierunku „bez happy endu”. Ale nie bez nadziei. Ta książka nie pozwoli Ci wzruszyć ramionami. Zmęczy się, da Ci w kość. Zada Ci pytanie „a Ty co byś zrobił?”. I będzie czekała na odpowiedź. Tak, to taka książka. I tak, zrobiła na mnie ogromne wrażenie.

Najpierw poznasz Elieen. Córkę irlandzkich emigrantów, dziewczynę chcącą żyć amerykańskim snem i od początku przekonaną, że ma szansę go spełnić. W końcu rodzice ją o tym przekonywali całe życie. W końcu ten sen ktoś kiedyś spełnił, tak? Tylu ludzi wiedzie dostatnie życie dzięki pracy (i/lub sprytowi). Skoro oni mogą, to ona też. Dom na przedmieściu? Studia? Bycie klasą średnią? Wszystko zależy od motywacji – tak jej wpojono. A Elienn zależy. Zaczyna pracować jako pielęgniarka. Nie odpuszcza nawet na moment, dzięki czemu szybko awansuje. Ma cel i nie zawaha się go osiągnąć. I wtedy poznaje nie tak przebojowego jak ona Eda.

Ed jest doskonale zapowiadającym się naukowcem, przed którym stoją otworem drzwi do błyskotliwej kariery. Nie tylko naukowej, ale też akademickiej. To wymarzony partner dla niej. Zakochują się w sobie i zaczynają marzyć o wspólnym spełnieniu snu. Pierwszy pocałunek w nowy rok, stopniowe budowanie kariery – tak, to prawie sen. Do układanki brakuje tylko domu na przedmieściu i dziecka. Starają się długo o to drugie i gdy po kilku latach w końcu na świat przychodzi syn – Connell – pozostaje tylko kwestia lokalu. Po jakimś czasie kupują dom, w którym wynajmowali do tej pory mieszkanie. Ale to nie to, czego oczekiwała Elieen. Bo to ona napędza rodzinę i wskazuje cele. Dzielnica, według niej, schodzi na psy, bo pojawiają się w niej co raz to nowi emigranci. Dzielnica przestaje być tak „amerykańska” jakby tego chciała. A skoro nie przystaje do jej wizji, forsuje zmianę otoczenia. I gdy już wydaje się jej, że będzie dobrze, bo wszystkie puzzle są na miejscu… ona czuje, że Ed zaczyna się od niej oddalać. Że coś jest nie tak. Bywa humorzasty, miewa napady gniewu. Elieen zaczyna myśleć o rozwodzie. Cały amerykański sen trafia szlag, gdy słyszą w gabinecie lekarskim, że jej mąż cierpi na chorobę Alzheimera. A jako, że jest młody, to rokowania nie są dobre.

Ta „idealna” układanka szybko się rozsypuje. I o to chodziło autorowi, bo razem z nią rozpada się świat. Tak, świat. Nie tylko Elieen – cały świat, który znają jako rodzina. Nie spodziewaj się czystego dramatu rodzinnego, w którym role są jasne. Ta książka pokazuje o wiele więcej. Pełno tu światłocieni, rzeczy, których nie da się ocenić. Decyzji, które są zgniłymi kompromisami lub po prostu niemym wołaniem o pomoc. Jest zmotywowana żona, która zaczyna traktować chorobę męża jak kolejne zadanie, ale czuje, że gubi swoje ja. Jest zagubiony syn, który musi nagle stać się dorosły (i mu się to ani trochę nie podoba), a przez to coś w nim umiera. No i Ed – dosłownie znikający, nie tylko w oczach rodziny, ale przede wszystkim – we własnych oczach. Bo to on jako pierwszy widzi, co się dzieje, ale broni się jak może. Ed znika też z opowieści. Staje się dekoracją, którą się przestawia, chociaż wszystko wokół niej krąży.

Ale poza tą „litanią” postaci znajdziesz paskudny obraz amerykańskiego snu. Takiego, który kryje ból, traumę i obawy, a wszystko przykrywa uśmiechem. Bo wszyscy się uśmiechają, więc… nie można inaczej. Snu, który omamił ludzi. Nie na darmo poznajemy całą historię Elieen. To ona pokazuje najlepiej zawiedzione nadzieje i najgorsze strony tej amerykańskiej „wielkiej szansy”, którą uosabia „przedmiejskie mieszczaństwo”. Ciągłe poczucie bycia lepszą od innych, dzielenia ludzi na tych „godnych” i „niegodnych”, „psujących” i „budujących”. Pewnie się domyślasz, po której stronie widzi się ona sama. Do tego wciąż czuje, że jeśli nie będzie bardziej amerykańska od „rodowitych” amerykanów, to nie dostąpi zaszczytu bycia Amerykanką. Co z tego, że ma obywatelstwo. Nie to się liczy.

Choroba męża niszczy jej marzenia. O spokojnym domu na przedmieściu, przyjęciach pełnych ludzi sukcesu, chwaleniu się osiągnięciami Eda i Connella. Do tego zmusza ją do postawienia bolesnego pytania – skoro całe życie oddała pracy w szpitalu, to czemu nikt nie zapewni opieki jej mężowi? Albo raczej: czemu nie stać jej na taką opiekę? Te pytania doprowadzają ją prawie do szaleństwa. Ale dają też coś, co straciła – bliskość z mężem. Coraz lepiej widzi, że kocha go jeszcze bardziej właśnie przez chorobę. I chociaż tego sobie nie uświadamia – wchodzi w swoją zawodową rolę. Staje się pielęgniarką. Odpowiedzialną za wszystko, tak, jak w szpitalu.

To zaczyna ją zajmować do tego stopnia, że przestaje być matką. Connell staje się przez to w praktyce sierotą. Nagła zmiana sytuacji w domu zabiera mu jego dzieciństwo i rodziców. Musi być wsparciem, pomagać, a przy tym wciąż przynosić dobre stopnie. Nie umie się w tym odnaleźć, a Elieen, która niemal natychmiast uznaje, że on też musi być w pełni odpowiedzialny za ojca, w tym nie pomaga. Gdy ma okazję się wyrwać – robi to. Studia daleko od domu dają mu bufor, bo nie może być na każde skinienie matki, i może w końcu być dzieckiem i robić rzeczy, które faktycznie chce, a nie musi. Dzięki nieprzeciętnej inteligencji radzi sobie. Nie przeszkadzają mu w tym wielogodzinne próby teatralne ani dyskusje po świt. Ale i tak czuje, że odbija sobie ten czas, który zabrał mu Alzheimer. Chociaż nie może odzyskać ojca, którego kochał, a potem przestał rozumieć przez chorobę. A Elieen… daje mu do zrozumienia, że ją zawodzi. Nie kryje się z tym. Pewnie się domyślasz, że to nie pomaga.

Jeśli będziesz czytać tę książkę – przygotuj się na ból. Historia choroby sprawi, że będziesz go odczuwać. Autor nie patyczkuje się i pokazuje nie tylko Alzheimera. Pokazuje śmierć marzeń, która boli jeszcze bardziej. Wszystko składa się tu w jedną opowieść, w której nie brakuje jednak nadziei. Nawet jeśli to nadzieja dobrej śmierci i znalezienia się w nowej rzeczywistości. Thomas świetnie (jak to brzmi…) opisał odchodzenie. To najgorsze: stopniowe, coraz mniej świadome, przepełnione krótkimi chwilami przebłysków dawnych czasów, które dobijają bliskich chorego jeszcze bardziej. Nie boi się dosadności, pokazuje trudne wybory i małe dramaty każdego z dni choroby. Próby łapania się czegokolwiek, co ustabilizuje życie każdego z członków rodziny, lecących w dół razem z Edem. Albo da nadzieję, że mają coś swojego, a nie tylko oddają wszystko coraz mniej kojarzącemu mężowi i ojcu. Trudne wybory stają się codziennością i Thomas nie odważa się ich oceniać. Pozostawia to swoim bohaterom. Pokazuje zdrady, jednak nie będziesz w stanie powiedzieć, co jest (jeszcze) zdradą. Bo czy nie kojarzący niemal nic człowiek, który przypomina męża lub ojca, jeszcze może być kimś, wobec kogo można być lojalnym lub wiernym? Znika w tej opowieści niemal wszystko poza bohaterami – znajomi, plany, bliskość.
 
Trudno napisać mi coś Przypomnij mi, kim jestem (wbrew pozorom). To opowieść, o której chciałbym napisać wiele, ale… pozostaje tylko jedna puenta: to mocna i dobra rzecz. Po prostu. Wywarła na mnie ogromne wrażenie. Pewnie czasem też tak masz, że kiedy skończysz jakąś książkę robisz tylko „uh, mocne”. No właśnie. Miałem to, kiedy doszedłem do końca. Zostawię to tak. Bo to naprawdę dobra rzecz.

środa, 14 grudnia 2016

Natalia Fiedorczuk – Jak pokochać centra handlowe

Macierzyństwo to droga przez mękę? Trochę tak. Z resztą – zaangażowane rodzicielstwo jest trudne. To wyrzeczenia, mówienie sobie nie, poświęcenie się. Nie ma lekko. Ale zaraz, zaraz, dlaczego na wszystkich reklamach matki są uśmiechnięte, dzieci szczęśliwe i radośnie baraszkujące, a dom przeszedłby test nawet najbielszej rękawiczki? No bo to… reklama. Albo cenzura. Tylko po co pisać o tym mniej pięknym macierzyństwie, pełnym frustracji i poczucia opuszczenia? Przecież każda matka polska powinna być Matką Polką! Zanim zadasz sobie te pytania – lepiej sięgnij po Jako pokochać centra handlowe. A potem wciśnij ją jakiemuś facetowi, niekoniecznie ojcowi. Niech wie, z czym się to je.

I tak, facet pisze o książce o macierzyństwie. Zanim zaczniesz szukać jakichś zgniłych pomidorów w lodówce pomyśl: piszę o literaturze, a książka to w sumie literatura. No. Skoro mamy to subtelne wyjaśnienie granic za sobą, to mam nadzieję, że pozwolisz mi przejść rzeczy, czyli debiutu Natalii Fiedorczuk.

Autorka pokazuje „ciemną stronę” macierzyństwa. Brzmi przewrotnie? Na pewno. Zwłaszcza, że każda matka chce dla swojego dziecka jak najlepiej. Chce być idealna. I to nie dlatego, że taka jest jej wewnętrzna potrzeba. Nie. Tego oczekują od niej inni. Często – inne. Ona wie o tym doskonale, a nie pozwala się jej o tym zapomnieć od wejścia na porodówkę (lub wcześniej). Sama książka prezentuje wiele historii i wiele kobiet. W gruncie rzeczy to historia nie jednej, nie dwóch, ale wielu. Dlatego łatwiej mi pisać o matkach niż o jednej konkretnej matce. I z tego samego powodu polecam zacząć lekturę od końca.

http://www.wuw.pl/product-pol-673-Pozegnanie-z-Matka-Polka-Dyskursy-praktyki-i-reprezentacje-macierzynstwa-we-wspolczesnej-Polsce.html
Spytasz – ale jak to? Powód jest bardzo prosty: autorka trochę tłumaczy te historie, a zarazem stawia kilka bardzo ciekawych pytań, które uzasadniają powstanie tej książki. Takie do przemyślenia. Jak wielkim przekleństwem jest mitologiczna „Matka Polka”? Czemu nie istnieje (społeczne) przyzwolenie na depresję porodową i czemu nazywa się ją czasem „baby-blues”? Czemu najgorszymi wrogami matek są inne matki? Dlaczego moda na rodzicielstwo bliskości jest trudnym tematem? Albo czemu rodzina może być zarazem wsparciem w pierwszych miesiącach opieki nad niemowlakiem i zarazem najgorszym przekleństwem? To… kłopotliwe pytania. I to nie tylko dlatego, że zadaje je matka-praktyczka. Co najciekawsze – dostaje się też feminizmowi, który raczej dowala matkom przymusem ciągłego rozwoju, nawet w pieluchach, nie dając niemal żadnego wsparcia poza stereotypowym sloganem „jesteś silną kobietą” (tak, upraszczam, ale nie ma tu sensu rozkładać tematu na części pierwsze; spragnionym wiedzy polecam antologię Pożegnanie z Matką Polką). Drogie Mamy – co byście zrobiły komuś, kto powiedziałby Wam coś takiego po nieprzespanej nocy (bo kolki, ząbki, skok rozwojowy, katar…)? No właśnie.

Gdy wybierzesz sposób, w jaki przeczytasz Jak pokochać centra handlowe, to możesz być pewna (albo – pewien), że spotkasz w niej kobiety, które mijasz niemal codziennie. Niekoniecznie w galeriach handlowych. Przemykają, mają nadzieję, że ich dziecko się nie rozpłacze w trakcie przemieszczania się z punktu A do B. Powtarzają sobie mniej lub bardziej świadomie „dam radę”. Boją się oceniania ludzi, którzy „wiedzą lepiej”. Jak się domyślasz (lub wiesz) – takich nie brakuje.

Bohaterki Fiedorczuk czują się porzucone. Nie mogą odnaleźć się we własnych ciałach, zmienionych po ciąży porodzie. Nie potrafią przejść płynnie z bycia zadbaną kobietą sukcesu (albo wziętą freelancerką) do bycia kochającą i idealną matkopolką. Wcale nie pomaga w przygotowaniu do tego dziewięć miesięcy ciąży, kiedy jest „oh i ah”, a miejsca w zatłoczonych tramwajach znajdują się same. Czują się obce w nowej roli, w którą muszą się wcielić. Ich świat nagle na głowie, i jest w nim (niemal) wyłącznie dziecko (i wszystko, co z nim związane). Są też sterty niepozmywanych garów, zmęczenie, poczucie przegrania i wyrażane w różny sposób wołanie o pomoc.

Jednak nie proszą nikogo, bo to zniszczyłoby ich wizerunek „Matek Polek”: silnych, pięknych, heroicznych. Gigantek. Bo tego od nich oczekują wszyscy. Gdy pęka bańka „dam radę” rodzi się krzyk, gniew, agresja. Bo tego wszystkiego jest za wiele. Nie pomaga spadek samopoczucia po porodzie. Niekiedy depresja poporodowa. Towarzyszy temu poczucie opuszczenia, bo nie pojawia się w książce niemal żadna rodzina bohaterek. Są one same w wielkim mieście i muszą sobie radzić same lub wspólnie z mężami. Ci z kolei, czasem po kolejnej awanturze, gdy miarka matkopolskości się przebrała, usuwają się ostrożnie i pracują do późna. Tłumaczą swoją nieobecność koniecznością utrzymania pracy. Ta książka nie oszczędzi Ci, drogi Czytelniku, tych tematów. Będzie Ci zgrzytać między zębami (jeśli jesteś facetem), dziwić i nieco irytować (jeśli jesteś „jeszcze nie po tej stronie”) i… opowiadać prawdę. I dobrze.

Usuwający się z życia faceci są tu potraktowani ciekawie. Ich też dotykają stereotypy. Mają zarabiać na rodzinę; być silni, kochający, idealni. Jednak nikt od nich tego nie wymaga. Po prostu „powinni być”. Albo „dobrze by było, gdyby byli”. Nie „muszą być”. Mogą więcej, bo nie są stereotypowo związani z niemowlętami. Nie muszą karmić piersią, znosić kopania w obolały brzuch i wzdrygać się na najmniejsze mruknięcie dziecka przez cały dzień (i noc). Oni mogą odpocząć od rodzicielstwa nawet w najcięższej pracy. Nawet jeśli do tej pory brali przymusowe nadgodziny, to ich partnerkom bardzo mocno to nie przeszkadzało (bo mogły poczytać książkę, pójść na fitness, spotkać się ze znajomymi). Po narodzeniu się dziecka bohaterkom Jak pokochać centra handlowe przedłużająca się w nieskończoność samotna opieka nad dzieckiem staje się katorgą. A jak pójść na fitness, gdy nie ma z kim zostawić dziecka? Jak zrobić cokolwiek?

Gdy jedna z bohaterek z pewnym rozrzewnieniem mówi, że zachwycają ją ojcowie z dziećmi w chustach, którym zależy i którzy starają się odciążyć swoje partnerki – pęka bańka. Widzą, że „trawa jest ładniejsza po drugiej stronie płotu”. Ale nie po ich stronie. Jak się pewnie domyślasz (lub: wiesz) – nie pomaga to w zachowaniu równowagi w związku.
Tylko co mają z tym wspólnego centra handlowe? Są miejscem, w którym można usiąść. Wypić kawę. Popatrzyć się w przestrzeń, może przeczytać kilka stron książki. Są (nie)miejscem, do którego można wyjść. Innym niż cztery ściany własnego lub wynajętego „eM”, w którym można zwariować. Można spotkać podobne kobiety. Porozmawiać. Znaleźć zrozumienie. Nie powinno Cię dziwić, że facebookowe grupy i fora dla matek są miejscami, w których wciąż jest ruch i nie brakuje naprawdę praktycznych raz i… jadu. Bo często okazuje się, że matka matce wilkiem. Zwłaszcza, gdy w tle zdjęcia dziecka pojawiają się brudne skarpetki. Jak się domyślasz – to nie zawsze pomaga.

Zaraz, ale przecież to literatura… Dobrze napisana, mocna, trafiająca w punkt. Rozsądna i punktująca wiele rzeczy, ocierająca się (mocno) o przymiotnik mądra. Mocno reportażowa. Jednak jeśli szukasz oceniania, to nie ten adres. Są tu tylko sceny z życia – fikcyjne, prawdziwe. Nie autobiograficzne. Czyta się to jednym tchem (nie lubię tego wyrażenia, choć muszę przyznać, że te historie wchłonąłem błyskawicznie). I tak, to debiut literacki.

Dlaczego chwalę, chociaż noszę stereotypowe spodnie i w godzinach pracy jestem w pracy? I przede wszystkim – dlaczego przeczytałem? Z dwóch powodów. Pierwszym jest moja żona, która w dwóch słowach potrafi zrecenzować niemal każdą książkę (jak widać, robi to oszczędzając cudzy czas i robi to bardzo dobrze). Powiedziała po prostu, że warto. Drugim powodem jest to, że jestem od jakiegoś czasu ojcem i… chcę zrozumieć więcej. To nie tylko książka dla matek poszukujących potwierdzenia, że mają prawo do tego, by sobie nie radzić. To książka dla każdego – ojca, jeszcze-nie-matki, babci, wujka, mędrców z komunikacji miejskiej, którzy nie szczędzą swej „podpartej autorytetem wieku mądrości”, ludzi mówiących „nie noś, bo rozpieścisz”. Książka trochę, a nawet bardzo dla każdego.

wtorek, 8 listopada 2016

Anna Klara Majewska – Melanżeria



Na początek anegdotka. Skończyłem czytać tę książkę niemal równocześnie z żoną (powinienem prowadzić wykłady z przedmiotu „Wstęp do małżeńskich walk o egzemplarz książki”). I tak ni z tego, ni z owego ma ślubna rzuca: „przeczytałeś tę książkę, Melanżerię”. Na co ja, że tak. „I co o niej sądzisz?”. Na co ja, cóż, „yyy… no trochę pretensjonalna”. „Nawet bardzo” – skwitowała moja żona. Cóż, poloniści mają pewną nić porozumienia. Ale – do rzeczy. Anna Klara Majewska napisała książkę pretensjonalną. Chociaż o czymś bardzo ważnym (przynajmniej w założeniu…). Wiesz, co to znaczy. Nie jest dobrze. Ale nic to. Pozostaje odpowiedzieć na odwieczne pytanie: czemu?

Na początek – forma. Tak, wiem, „akademicko” czasem łączy się ze słowem „pretensjonalnie”. Musisz mi to wybaczyć (i nie, nie chodzi o to, że „napisz to lepiej” lub „jak nie umiesz pisać książek, recenzuj”). Ale pomyśl: czy książka złożona z fragmentów, które przypominają przerzucanie się esemesami i wpisami z mikroblogów może być interesująca? No… może! W końcu bywały powieści w listach, które są bardzo podobne w formie. Ale te chlubne przykłady podsuwają Ci, drogi Czytelniku (lub Czytelniczko) bardzo świadomie, pewnie poprowadzone historie. Melanżeria taka nie jest. Na początku kolejnych „rozdziałów” są daty, więc powinno się wiele rzeczy zgadzać (epistolarność, chronologia i te rzeczy). Ale się nie zgadza do końca. Rozumiem, prawo do retrospektyw prawem autora jest, ale… niech opowieść się klei. Ani nie będzie pretensjonalna. Właśnie… 

Sama historia jest w sumie dosyć ciekawa. Losy dwojga znajomych, którzy poznali się kiedyś w salonie sukien ślubnych to całkiem niezły, chociaż specyficzny pomysł na książkę. Scenarzyści filmowi lubią takie zestawienia. Ale tu mamy książkę. Więc ona – młoda, dobrze zapowiadająca się, jeszcze-nie-tak-całkiem stara panna (przynajmniej według jej matki). On – przystojny, zabawy i obyty, ale… niekoniecznie zainteresowany przedstawicielkami jej płci. Brzmi to mocno amerykańsko, ale cóż. Niech będzie. To wciąż może się udać. Z taką nadzieją zacząłem czytać tę książkę. I musiałem to podejście mocno zrewidować. 

„Początek” i „koniec” tej historii spotykają się na ostatnich kartach książki, ale to, co pomiędzy jest trochę zbyt rozbite. Najbardziej irytuje jednak stereotypowość postaci. Kojarzysz pewnie klasyczną ciotę z książek Witkowskiego (tak, używam tego terminy za nim, nie w celu obrażenia kogokolwiek – miejmy jasność, tu o literaturę chodzi) – zmanierowaną, na wyrost i taką bardzo „ponad poziom”? Masz więc jednego z bohaterów. I pewnie znasz z książek (albo z życia) stereotypową twardą przedsiębiorczynię, taką trochę „korpo”? No to masz drugą postać. Reszta to tylko dekoracje. Witkowskiemu takie zabawy się udają, bo poszedł w świadomy kicz podszyty kiczem. Majewska chce to wszystko ująć na poważnie i… to nie pasuje. Na pewno nie to zestawienie, na pewno nie te perypetie, na pewno nie w sosie z taką ilością stereotypów. Bo rozumiem, że na Podlasiu śledzikują. Ale ani nie wszędzie, ani na pewno nie aż tak. A z tej książki wynika, że i wszędzie, i aż tak. Eh. 

Najważniejsza rzecz w tej książce (można nawet powiedzieć NAJWAŻNIEJSZA) to temat HIV. I to wokół niego powinno się wszystko toczyć, trochę jak planety wokół gwiazdy. Tu mamy po prostu mgławicę planetarną, jeśli mogę pociągnąć temat astronomicznie. I to zdecydowanie nie najokazalszą ani nie najpiękniejszą. Choroba bohatera pojawia się w książce często, ale po prostu ginie w miałkości reszty. Szkoda, bo ten temat wciąż czeka na dobrą prozę nienacechowaną. Czyli nie taką, którą wydało któreś z lewicowych wydawnictw (z całym szacunkiem do tych książek – wiesz, o co chodzi). Książkę pozbawioną manifestu, ale po prostu literacką i dotykającą tego problemu. Taką… jak Irving. Jeśli żyła w Tobie nadzieja, że to w Melanżerii znajdziesz coś takiego, to porzuć ją. Nie znajdziesz tu wrażliwości wspomnianego Irvinga, ani uważnego spojrzenia DeLillo, ani nawet czułości Anais Nin (wiem, inne czasy, ale uniwersalne podejście do tematu). Wygląda na to, że jeszcze nie teraz, ani jeszcze nie tu. Szkoda.

Właśnie, tytuł… Rozumiem, melanżeria, towarzyska gra karciana: trochę wyzwań, klimat kolonii czy biwaków. OK. Ale nie w tym temacie. Dałoby się to na pewno jakoś połączyć, w końcu język polski jest dosyć elastyczny, a literatura daje spore pole do popisu. Ale tu nie wychodzi. Ogółem – nie wychodzi. Nie lubię pisać recenzji książek z cyklu „jest źle”, ale tu nie da się inaczej. Jest po prostu źle. Okładka zdecydowanie temu nie pomaga.