środa, 6 kwietnia 2011

Dariusz Papież - Zniszczenie


Kolejny Kurier literacki, zgodnie z tradycją, przynosi recenzję kolejnej książki. Tym razem na moje biurko trafiła pozycja wydana w tym roku przez wydawnictwo Jirafa Roja – Zniszczenie. Historia pisarza cierpiącego na niemoc twórczą i topiącego swoją frustrację w alkoholu u ramionach niewieścich. Czy to już było?
Książka pokazuje, że jednak tak. Wątki niemocy twórczej są popularnymi od zamierzchłych czasów – apostrofy do muz były tego wyrazem. W tekście Papieża muzą staje się szeroko rozumiana miłość. I w objęciach takowej poznajemy bohatera – autora bestselleru Polowanie na dziewice; budzi się on w nieznanym łóżku, u boku nieznanej (albo nie zapamiętanej) kobiety i, umknąwszy przez okno, poszukuje kiosku, by kupić paczkę papierosów. Potem, owczym pędem, udaje się do kościoła, gdzie odczuwa dyskomfort sumienia, który jednak tłumi szybko alkoholem. Tak się zaczyna – a jak kończy?
Tego zdradzić nie mogę, jednak godna uwagi jest ewolucja, jaka dokonuje się w bohaterze na kartach książki. Początek, jaki jest, można łatwo zauważyć – jednak zakończenie książki jest o tyle niespodziewane o ile wydaje się być prawdopodobne.
Nie lubię rozpoczynać recenzji od krytyki książki, ale w tym wypadku trudno mi jest tego nie zrobić. Kreacja bohatera jest wierną kopią postaci Hanka Moodiego ze znanego i kontrowersyjnego serialu Californication. Zamiłowanie do marki papierosów, alkoholu i sposobu prowadzenia się są niemal identyczne. Ponadto bohater Papieża jest autorem książki, która w dziwny sposób przypomina tematykę God hates us all, która wywindowała Moodiego na szczyty popularności. Podobnie jak Polowanie na dziewice Mirka Badaja. Podobieństwo jest zbudowane bardziej na zasadzie kalki niż adaptacji – wiele wątków jest skopiowanych bezkrytycznie (nie wiem od kiedy wydawcy w Polsce jeżdżą nowymi audi, a stan czytelnictwa jest tak wysoki, że tłumy dzierlatek rozsadzają mury empików w oczekiwaniu na pisarza; co więcej – jack daniels jest w Polsce trunkiem drogim). Również język bohatera jest bardzo podobny do idiolektu postaci serialowej – ilość przekleństw jest wprost proporcjonalna do poziomu prowadzonej dyskusji. I podobnie jak w serialu – bohater, mimo swojej rewolucyjności i epatowania wyzwoleniem, pozostaje wierny konserwatywnym wzorcom klasycznej rodziny.
Jednak książka ta nie jest adaptacją serialu. Jest w niej wiele ciekawych wątków, które nie pojawiają się w amerykańskiej produkcji i to uważam za bardzo mocną stronę książki. Przede wszystkim – czytelnik jest świadkiem dojrzewania bohatera do roli w społeczeństwie. Widać to na przykładzie jego stosunku do kobiet, jak i samego siebie. Poznajemy Badaja jako seksistę o niewyczerpanym libido, który wiedząc, że podoba się kobietom wykorzystuje to najpełniej, jak tylko potrafi. Z czasem poznajemy go dokładniej; retrospektywy zarysowują dokładniej obraz jego życia i pozwalają odpowiedzieć na pytanie dlaczego tak się zachowuje. Klasyczny Fromm przeplata się tu w przewrotny i nietypowy sposób z Freudem, ale o tym można się przekonać dopiero pod koniec książki.
Punktem przełomowym opowieści jest śmierć ojca bohatera. Badaj nie utrzymywał z nim kontaktu przez kilkanaście lat i pamiętał go jako alkoholika. Konfrontacja obrazu z własnych wspomnień ze wspomnieniami innych zapędza go w dziwny stan depresyjny. Stan, który pozwala mu dobić i odbić się od dna, którego mianem alkoholizm. Jest to jednak zbyt idealistyczna wizja wyzwolenia się z cugu alkoholowego kogoś, kto przez jedenaście lat regularnie przygotowywał się regularnie podawanymi sporymi dawkami do przekroczenia granicy uzależnienia.
Książka jest przepełniona nawiązaniami do współczesnej prozy polski jak i światowej. Poza wymienionymi z nazwiska Bukowskim i Gombrowiczem widać zabawę kolokwializmami w stylu Stasiuka i Kuczoka, a momenty zwału alkoholowego przypominają żywo Schutego i recenzowanego kilka miesięcy wcześniej PRacownika.
Najmocniejszą stroną książki jest świetny język – stylizacja ukierunkowana na wyżej wymienionych autorów połączona z ciekawym językiem Papieża (a może – Badaja; mamy tu powieść w powieści i teatr w teatrze zarazem) daje wybuchową mieszankę, która potrafi odrzucić i przyciągnąć. Nie oszukujmy się – mięso w tej książce ma charakter świeżego tatara w polewie malinowej i trzeba je albo polubić albo całkowicie odrzucić. Z drugiej strony – nie jestem pewien, czy nie została przekroczona jakaś granica, którą można nazwać granicą dobrego smaku, nawet w tak przewrotnej powieści, jaką jest Zniszczenie.
Zabawa słowami, znaczeniem i frazeologizmami jest bardzo ciekawa. Przemyślenia bohatera są też przyciągają uwagę – zmieszanie języka wulgarnego i parlamentarnego pozwala na szersze wyrażenie przemyśleń i wątpliwości, czego świadkiem są słuchający jego opowieści. Jego, bo narracja w książce jest pierwszoosobowa – subiektywna i dosadna.
Zniszczenie jest książką godną uwagi – głównie ze względu na ciekawą adaptację wątku zblazowanego pisarza na grunt polski, chociaż zabawa słowem, jakiej dopuszcza się Papież jest czymś co może przyciągnąć niewiele mniejszą grupę czytelników. Pomimo swojej dosadności i wyraźnej inspiracji Californication jest to historia łącząca w ciekawy sposób wątki pisarstwa i zblazowania, fałszu i prawdy, bohatera i autora.

sobota, 2 kwietnia 2011

Andrzej Żbikowski - Karski



Kolejna odsłona kuriera literackiego, a w nim na warsztacie ksiązka  Karski autorstwa Andrzeja Żbikowskiego. 
Pozycja została wydana nakładem wydawnictwa Świat Książki w 2011 roku. Książka jest wiernym opisem życia Jana Karskiego – emisariusza Rządu na uchodźstwie i Państwa Podziemnego w czasie drugiej wojny światowej. Co więcej – postać przemilczanego bohatera staje się przyczynkiem dla dokładnego opisu struktur władzy podziemnej i różnorakich zależności, jakie wytworzyła sytuacja wojenna.
Trudno jest jednoznacznie określić gatunek literacki (o ile literacki) do jakiego odwołuje się ta książka. Z jednej strony mamy bardzo zgrabnie napisaną relację, ocierającą się o gatunki publicystyczne; z drugiej – ilość faktów historycznych i objętość bibliografii wskazują na historyczny charakter tego tekstu. Zachodzi tu ciekawa mieszanka tych dwóch rodzajów piśmiennictwa, gdyż przy zachowaniu obu sposobów pisania autorowi udało się zachować charakterystyczne dla obu gatunków cechy i jednocześnie niwelując ich wady.
Tak więc mamy dokładną relację napisaną przystępnym językiem, będąca w praktyce esencją najważniejszych pozycji, dotyczących sześciu lat wojny i okresu powojennego, na które powołuje się autor. Pojawiają się jednak momenty, w których akademickość dotychczasowych prac daje doktora Żbikowskiego daje o sobie znać i zdania wielokrotnie złożone potrafią przytłoczyć nieprzywykłego do nich czytelnika. Wielką zaletą książki jest też skrupulatnie sporządzona bibliografia. Problemem wydania stają się jednak przypisy – umieszczenie komentarzy do tekstu na ostatnich stronach książki nie jest dobrym rozwiązaniem i utrudnia lekturę.
            Książka jest o tyle ważną pozycją, że jako jedna z niewielu traktuje o człowieku, który został w czasach słusznie minionych przemilczany. Do 1989 o Janie Karskim w Polsce mówić nie było można. A mówić można było (wtedy i teraz) wiele – począwszy od niezwykłego charakteru i ogromnych zdolności, poprzez fotograficzną niemal pamięć i ogromny patriotyzm, po graniczącą z szaleństwem odwagę (dwa razy wchodził i, co najważniejsze, wychodził z getta warszawskiego, wynosząc stamtąd dowody zborni przeciwko Żydom). Był to też jeden z pierwszych ludzi, którego raporty mówiły jednoznacznie o ludobójstwie, jakie dokonywało się w gettach i obozach zagłady.
Karski jest godną uwagi pozycją nie tylko ze względu na jej wyjątkową tematykę, ale i sposób przedstawienia historii polskiego Państwa Podziemnego. Przystępny język tylko czasem traci na swojej czytelności, przez co pozycja staje się książką dla czytelnika, który chce poszerzyć swoją wiedzę nie tylko o samym Janie Karskim ale i problematyce władzy i tajnych emisariuszy w trakcie drugiej wojny światowej. 

czwartek, 24 marca 2011

Czarny czwartek - Mirosław Piepka i Michał Pruski




Ostatnie lata przekonały nas w tym, że pojawienie się na ekranach filmu jest powiązane z pojawieniem się związanej z nim książki lub książek. Tak jest i w przypadku Czarnego czwartku w reżyserii Antoniego Krauze. Jednak to, do czego przyzwyczaiły nas księgarnie i wydawnictwa nie powtarza się w wypadku książki scenarzystów filmu. Wydawnictwo o tytule pokrywającym się z filmem jest zbiorem dokumentów, informacji apokryficznych i wyciętych scen z filmu. Jest to znakomite uzupełnienie do filmu, gdyż w znaczny sposób poszerza jego odbiór i daje materiał historyczny, który staje się podstawą dla lepszego rozumienia wydarzeń z grudnia 70 jak i dobrym dopowiedzeniem do historii, którą przedstawia film.
Książka nie ma fabuły w typowym tego słowa znaczeniu. Autorzy skupili się na jak najwierniejszym odtworzeniu realiów ostatnich dni ery gomułkowskiej. Fragmenty felietonów przeplatają się z wywiadami, fragmentami rozmów z osobami, które przeżyły te dni w Gdańsku lub których bliscy zostali poszkodowani w tych wydarzeniach. W tych historiach jest z jednej strony wiele gniewu i żalu, z drugiej zaś – współczucia dla tych, którzy byli poszkodowani – po obu stronach barykady.
Tematem głównym tego tekstu, jak i filmu, jest historia Brunona Drywali – śmiertelnie ranionego rykoszetem na peronie kolejki podmiejskiej. Jego rodzina jest najdokładniej opisana; historia ta staje się elementem, na którego podstawie budowana jest opowieść o kolejach losu rodzin zabitych i zmarłych wskutek obrażeń ciała. Kolejne fragmenty tekstów przeplatają się relacjami z wydarzeń z okolic drewnianej kładki nad stacją SKM Gdynia Stocznia. Rozpiętość wieku osób relacjonujących jest spora – od wspomnień ciężko pobitego przez SB nastolatka po wspomnienia rodzin ofiar, które przeżyły dramat poszukując prawdy na temat swoich bliskich i informacji o ich ostatnich godzinach życia.
Książka jest przepełniona wspomnieniami naocznych świadków, którzy dodają wiele do suchych informacji podawanych przez cytowane źródła historyczne. Co ciekawe – w książce pojawiają się również fragmenty wyciętych z pierwotnej wersji filmu scen, które w pewien sposób poszerzają informacje przedstawione w filmie.
Książka nie ustrzegła się jednak błędów. Za często spotykany, a przez to dosyć rażący, uważam nieścisłość między informacjami zawartymi na okładce a tymi, które są w książce. Na okładce możemy wyczytać, że Brunon Drywala zginął od strzału w plecy, podczas gdy dokładna relacja z książki mówi, iż był to postrzał rykoszetem. Jest to różnica niewielka, jednak narzuca jakiś sposób myślenia i odbioru faktów, a przez to – odbiera obiektywność samego tekstu.
Wielką zaletą książki jest mnogość źródeł historycznych i wiele reprodukcji dokumentów i zdjęć z epoki – są one dobrym uzupełnieniem samego tekstu i filmu. Książkę kończy lista ofiar śmiertelnych i poszkodowanych w wyniku walk ulicznych represji milicyjnych. Poznajemy pojedyncze dramaty, które, poprzez powtarzalność niektórych akcentów, rysują szeroki obraz dramatu kilku dni strajków na wybrzeżu, które stały się gwoździem do trumny dla ekipy Gomułki, a zapoczątkowały zmiany w powojennej Polsce. Ciekawym dodatkiem jest pełna treść aktu oskarżenia skierowanego między innymi przeciwko ówczesnemu ministrowi spraw wewnętrznych generałowi Jaruzelskiemu.
Książka jest godna polecenia i to nie tylko dla widzów głośnego filmu z bohaterem piosenki Kaczmarskiego w podtytule. Rysuje obraz brutalności i bezzasadności przemocy wobec ludzi walczących o swoje konstytucyjne prawa i godność. Jest to dobry dodatek do samego filmu, mający znamiona zbioru najważniejszych informacji o grudniu 1970 roku przedstawiona w bardzo przystępnej formie. 

czwartek, 10 marca 2011

Janusz Leon Wiśniewski - Łóżko



Kolejna odsłona Kuriera literackiego, tym razem po spowodowanej feriami i innymi perturbacjami przerwie, odsłania (a jakże) kolejną książkę.
Dzisiaj na warsztat trafia Łóżko Janusza Leona Wiśniewskiego, autora poczytnych powieści (między innymi S@motności w sieci i Bikin,), jak i publikującego regularnie w miesięczniku Pani (czego pokłosiem jest wydana kilka lat temu ksiązka 188 dni i nocy). Książka ta kontynuuje  wątek pisania o współczesnych nomadach i łączących ich relacjach. Relacjach za pośrednictwem telefonu, poczty elektronicznej i przekazu emocji poprzez podsyłaną muzykę. Właśnie w takim świecie przekazu usytuowana jest akcja pięciu opowieści kobiet i jednej mężczyzny. Każda z nich jest intymna, bolesna ale i wyzwalająca. Ciekawa i w jakiś sposób uderzająca. Jednak czy odkrywcza…?
Wspólną osią wszystkich historii jest samotność – tytułujące zbiór opowiadań Łóżko staje się w nim symbolem wspólnoty, komunii dusz i ciał (a może raczej ciał i trochę dalej dusz?), miejsca na świecie, które pozwala poczuć się bezpiecznie. Przestrzeń, którą można nazwać bardziej swoją niż obcą, a zarazem enklawą, w której można się ukryć przed światem wytykającym palcami i spojrzeniami. Taką narrację zapewnia nam autor, taką opowieść zapewniają kobiety. I mężczyzna. Tak na dostawkę, ale właśnie ta łyżka dziegciu zmienia trochę postrzeganie zbioru – zmiana perspektywy dobrze robi dla samego zbioru, jest formą oddechu.
Pierwsze trzy historie to opowieści smutne. Niewątpliwie. Pierwsza – historia kobiety porzuconej, odrzuconej. Druga –zdradzonej i zdesperowanej (w myśl anglosaskiego powiedzenia nie zna piekło gniewu większego niż gniew zdradzonej kobiety). Trzecia – osamotnionej, przekwitającej, potrzebującej drugiej osoby. Po tych trzech opowieściach następuje przerwa, po której do głosu dochodzi sam autor. Kontynuując wątek felietonistyczny, w formie dialogu, przybliża biologiczno-chemiczną stronę kwestii snu i snów. Kolejna historia – opowieść o kobiecie odrzuconej, dotkniętej czymś, co jest strasznym i przeważającym jej życie testem. Przewrotny rozdział o tytule O kłamstwie jest przewrotną historią o przesunięciu znaczenia miłości na auto. Ostatnia historia jest, ponownie, opowieścią o kobiecie odrzuconej i zdradzonej – w tej to opowieści schodzą się jakby wszystkie najciemniejsze chmury z poprzednich historii.
Dodatkową kwestią wpływającą na interpretację jest moja specyficzna lektura tego zbiorku. O ile można mówić o klasycznej lekturze – opowieści słuchałem. Uwspółcześniona wersja książki czytanej dystrybuowana za pośrednictwem płyt CD staje się ciekawym, chociaż nie pozbawionym wad nośnikiem tekstu. Słowa podmiotu mówiącego w tekście zostały włożone w zmysłowo brzmiące usta kobiet znanych z seriali i filmów polskich (Małgorzaty Korzuchowskiej, Sonii Bohosiewicz czy Anny Cieślak). Niskie tembry ich głosów uprzyjemniały mi niedzielny spacer, sobotnie porządki w mieszkaniu, podróż autobusem zbyt krótką, by opłacało się wyciągać z torby książkę czy chwile, gdy lektura książek przy lampce staje się zbyt męcząca dla wzroku, a chwila w pozycji horyzontalnej na łóżku (właśnie) ze słuchawkami na uszach jest przyjemną odskocznią. Właśnie ten czas zapełniły mi opowieści smutne.
Po lekturze książki miałem mieszane uczucia. Z jednej strony – ryzykowna forma narracji (pierwszoosobowa w pięciu tekstach, cztery razy w rodzaju żeńskim jeden – męskim; trzeciosobowa w jednym), która wkłada słowa kobiet w ich usta. Z drugiej – powielanie jednego schematu rysu bohaterki i powtarzanie niemal jednakowych opisów we wszystkich historiach. Ponadto wszechobecna psychoanaliza i tłumaczenie freudowskimi teoriami większości ludzkich zachowań.  Takie połączenie, zestawione ze specyficzną, polskojęzyczną formą opisu erotyzmu, daje mieszankę, która nie dla wszystkich czytelników będzie strawną – zarówno estetycznie jak i literacko.
Rzadko się zdarza, żeby mężczyzna umiał pisać o kobiecych przeżyciach tak dokładnie – jest to wielka zaleta tego zbioru – opowieści są opowiedziane łagodnie. Swobodna zabawa z formą listu, opowieści i gawędy otwiera nowe możliwości opowiadania przed narratorkami i autorem, jak i forma audiobooka daje możliwość na podkreślenie formy mówiono-wyznaniowej tych opowieści.. Opowieści mają konstrukcję iście hiczkokowską – na początku jest wybuch, a potem jest coraz gorzej – na początku każdej historii jest właśnie taki wybuch, hasło, wydarzenie, które staje się osią całego tekstu, dążącego do wyjaśnienia wątku. Często otwartym, jednak zarazem zamykającym coś ważnego, powodującym śmierć we wnętrzu bohaterki. Każdej. Wielką zaletą jest dobre przygotowanie merytoryczne tekstu – zwłaszcza fragmentu tekstu autora, skądinąd – doktora chemii, na temat podstaw biochemicznych ludzkiego snu. Również kwestia psychoanalizy i samego Freuda, przewijająca się we wszystkich tekstach, jest ciekawie poddana pod wątpliwość (poprzez realne przeżycia), a odpowiedzi czytelnik musi udzielić sobie sam. Ponadto – opowiadanie o samochodach jak o kobietach jest doprawdy intrygujące. Rozdział czytany przez Pawła Deląga uważam za wisienkę na torcie.
Często bywa, że zaleta tekstu staje się kulą u nogi. Tego problemu nie ustrzegł się autor. Dokładność opisu i jego sugestywność przeradzają się w wadę, która potrafi drażnić, a, w skrajnych przypadkach czytelniczych, zniechęcić do lektury. Wszystkie bohaterki to kobiety wykształcone, w okolicach trzydziestki (od nieco ponad dwudziestu do okolic czterdziestych urodzin), niezależne finansowo (w większym niż mniejszym stopniu), zadbane i szalenie atrakcyjne seksualnie, poranione przez poprzednie relacje – zarówno z mężczyznami jak i rodzinami i najbliższymi przyjaciółkami. I łaknące miłości – zarówno tej duchowej jak i fizycznej, chociaż akcent w książce jest położony na tę drugą. Ciągłe powtarzanie jednego wzorca opowieści o formie zbliżenia dwojga ludzi pragnących siebie sprawia, że każdy kolejny opis coraz bardziej wtapia się w kicz. Trudno określić erotykę tego tekstu (paradoksalnie i dosłownie – element bardzo ważny) – z jednej strony zahacza o cytowanego Lechonia; z drugiej – sugeruje opisy Życia seksualnego Catherine M i wyidealizowaną estetykę harlekinowską. Powtarzalność tego wzorca wyklucza uniwersalny odbiór tekstu poza jego założonym u idealnego czytelnika kontekstem. A jak wiadomo – trudno o takiego. Ponadto dochodzi w zbiorze do fetyszyzacji pracy doktorskiej, głównie z psychologii – bohaterki doktoryzują się, porzucane – przyśpieszają swoje prace. Pojawiają się elementy nielogiczne w tekstach – o tych nie da się pisać bez ujawniania części fabuły, czego wolę uniknąć. Pozostaje tylko stwierdzić, że nawet prywatne przychodnie muszą być zamykane kiedyś. A portier ma klucze do wszystkich zamków w drzwiach. Poza tym – pozorna romantyczność zahacza czasem o absurd, a wyidealizowanie aktu zaręczyn (nietypowych wprawdzie) sprawia trudność w zrozumieniu celu takiego zabiegu.
Łóżko Wiśniewskiego jest lekturą konsekwentnie realizującą obrany wzorzec, w obrębie którego czytelnik staje się świadkiem życia współczesnych nomadów. Taka decyzja ma swoje wady i zalety, które w tekście są albo poddawane retuszowi albo wyłuskiwane.  Książka nie wszystkim się spodoba – osoby łaknące pozytywnych przeżyć zawiodą się – w historiach mlekiem płynącym pojawia się spora struga dziegciu. Przeciwnicy prozy z nurtu romansowo-miłosno-obyczajowej też nie będą do końca przekonani, gdyż za książką stoi (widoczne w tekście) dobre przygotowanie merytoryczne, a wiele w niej poruszonych wątków (chociażby problem odrzucenia inności, fobii czy realizacji pragnień za wszelką cenę) jest dobrze zarysowanych.  Kobiety w tym audiobooku  mogą przyciągnąć elementy przeżyć wewnętrznych bohaterek – mężczyzn – głosy lektorek. Nie wszyscy będą zadowoleni, jednak sam, jako czytelnik, nie uważam tych czterech godzin ze słuchawkami na uszach za czas stracony. 

poniedziałek, 14 lutego 2011

Jurgen Thorwald – Krew królów



Książka wydana nakładem wydawnictwa Znak w połowie ubiegłego roku i jest formą popularnonaukowego przedstawienia problemu hemofilii na przełomie XIX i XX wieku w domach książęcych spowinowaconych w jakiś sposób z angielską rodziną królewską. Informacje na temat samej choroby są przedstawiane w trzech historiach sławnych hemofilików – Alfonsa, wydziedziczonego księcia hiszpańskiego, Waldemara, potomka władców pruskich oraz małego carewicza Aleksandra – ostatniego dziedzica wymordowanej w 1917 roku dynastii Romanowów. Przez każdą z tych trzech historii poznajemy metody, z jakimi medycyna radziła (a raczej nie radziła) sobie z tą chorobą w ciągu niemal stu lat (wspomnienia bohaterów sięgają do początków XIX wieku), oraz jakie zmiany zaszły w sposobach walki z nią. Co ważne – sam autor zastrzega sobie, że nie jest to próba naukowego przedstawienia problemu, ale raczej opisanie go w kontekście dworów książęcych Europy z okresu upadku systemu monarchicznego. Za zastrzeżeniem tym idzie postawa autora – język książki jest typowo literacki a wiedza medyczna stanowi kontekst wydarzeń.
Sama książka ma charakter tryptyku z posłowiem – każde ze skrzydeł książki jest autonomiczną opowieścią o przeżywaniu hemofilii, walce o każdy dzień życia i strachu przed najmniejszym skaleczeniem, które może spowodować śmiertelny krwotok. Niezależność tych historii jest jednak względna – wszystkie są powiązane z dworem angielskim, na którym to przypadki hemofilii były znane i skutecznie ukrywane. Związki z koroną brytyjską tworzono poprzez małżeństwa z córkami monarchii – nosicielkami choroby. Sama przypadłość była skrupulatnie ukrywana, gdyż uważano ją za oznakę gniewu bożego – jest to jeden ze smaczków tej książki, która ciekawie zarysowuje problem Europy upadających monarchii.
Każdy kto zna prozę sienkiewiczowską, a zwłaszcza Trylogię lub też pamięta kontekst Iliady powinien znać zabieg budowania historii w oparciu o realnie żyjące osoby, dokumenty związane z ich życiem, jednak dopełnianej poprzez dialogi i wydarzenia z życia, o których nie wspominają żadne źródła. Właśnie z takiego zabiegu skorzystał Thorwald. Uzupełnia on wiele sytuacji z życia bohaterów fikcyjnymi dialogami budowanymi na podstawie źródeł historycznych – dialogi, emocje, drobniejsze wydarzenia, mniej istotne postaci – to w ich bycie książkowe wkrada się fikcja, podczas gdy główne postaci każdego z utworów żyły, cierpiały – zarówno z powodu swojej, jak i najbliższych osób choroby, i patrzyły śmierci w oczy o wiele częściej niż robi to przeciętny człowiek.
Historia Alfonsa to opowieść o człowieku, który przekroczył trzydziestkę – wiek niezwykle dojrzały jak na hemofilika, gdyż (jak podaje autor, powołując się na odpowiednie źródła) do tak podeszłego wieku dożywa zaledwie kilka procent dotkniętych tą rzadką chorobą. Narrator buduje opowieść o człowieku, który chciał przeżyć swoje życie jak najintensywniej by nie stracić niczego, co może mu odebrać śmierć, która może przyjść w każdym momencie. Taka dekadencka postawa łączyła się w nim z poglądami wybitnie demokratycznymi, nieprzystającymi do monarchicznego usankcjonowania świata, w jakim żył niedoszły następca tronu ogarniętej wojną domową Hiszpanii. Bohatera spotykamy przy rozmowie z kobietą – czy to lekkich czy mniej cięższych obyczajów. Połączenie takich smaków daje ciekawy efekt końcowy – jest nim dziwna spowiedź głównego bohatera, snuta poprzez opary whisky i tytoniu w kinie samochodowym. Smutek, zawieszenie w przestrzeni, strach... To wszystko łączy się tu w niebywałym natężeniu.
Historia księcia Waldemara jest mocno połączona z trzecim upadkiem niemieckiej potęgi – pierwszy dokonał się po pierwszej wojnie, drugi w 1933, trzeciego – upadku III Rzeszy – jesteśmy świadkami w tekście; upadek ten staje się zarazem ostatecznym upadkiem monarchii poprzez śmierć księcia. Każdy z nich jest bolesny i wiąże się z nim jakaś trauma. Ostatnia – odczuwalna jest przez liczne wylewy wewnętrzne, wywołane niegodnościami ucieczki przed nadchodzącą Armią Czerwoną. Wylewy te, trwając przez wiele dni, stwarzają ogromne zagrożenie dla życia chorego. Przez ten pryzmat oglądamy ostatnie chwile księcia, przy którego boku przebywa żona, a dookoła dokonuje swego życia, przedwcześnie ginąca, tysiącletnia (podobno) Rzesza. Jest to historia opisana z perspektywy niemieckiego lekarza, który niosąc pomoc dla księcia trafia na ślepy upór amerykańskiego oficera, który oskarża go o zbrodnie na cywilach i uniemożliwia niesienie pomocy hemofilikowi.
Trzecia historia jest opisem ostatnich lat władania wielkiego rodu Romanowów na tronie cesarstwa Rosyjskiego, jak i choroby, która dotknęła ostatniego dziedzica korony cesarskiej – carewicza Aleksego. Historia ta jest opowieścią lekarza, który przez wiele lat był związany z dworem cesarskim, jak i oddawał usługi przy konsultacjach dotyczących zdrowia jedynego syna cesarza Mikołaja. Syna dotkniętego hemofilią. Znajdują się tu ciekawe informacje na temat przebiegu choroby młodzieńca, sytuacji na dworze i w Rosji początku minionego wieku oraz rolę Rasputina w kuracji. Opis ten jest oparty o wiedzę medyczną, plotki oraz doniesienia z dworu, jak i własne oceny lekarza – daje to ciekawy obraz dworu i władców Wszechrosji ostatnich lat jej istnienia.
Narracja jest poprowadzona bardzo sprawnie. Historie przedstawione w książce po raz kolejny dowodzą, że autorem najciekawszych scenariuszy jest życie – w opowieściach tych jest nienawiść, bezsilność i siła do działania. Każda z nich oddaje niuanse życia dworskiego i gry dyplomatycznej, której nie był świadomy przeciętny poddany. Dokonuje się tu ściągnięcie monarchów z piedestałów – przedstawiani są w książce jako podobni do ludzi, w których żyłach nie płynie błękitna krew. Bowiem to właśnie krew, ten dziwny płyn, staje się przedmiotem łączącym wszystkie trzy historie. Krew, a raczej brak możliwości krzepnięcia, z jakim wiąże się hemofilia. Tytuł dobrze oddaje charakter książki. Królewskie ukrywanie problemu i gloryfikowanie więzów krwi stają się w książce kamieniem u szyi monarchów.
Co ważne – autor nie teoretyzuje ani nie dopuszcza się gdybania. Fakty są przedstawione dosyć sucho, w oparciu o spory zbiór źródeł historycznych; informacje medyczne przekazywane są raczej przez konkretne działania i komentarze lekarzy, którzy próbują uspokoić i wytłumaczyć rodzinom zaistniały problem. Zabieg ten powala lepiej wczuć się czytelnikowi w rolę osoby stojącej obok dziejących się wydarzeń, a jednak mającą w nie wgląd.
Tłumaczenie zostało dokonane sprawnie – nie ma w tekście wyrażeń, które mogą sprawić kłopot przeciętnemu czytelnikowi – sam tekst jest jasny, nie ma w nim nagromadzenia treści specjalistycznych. Opisy są plastyczne, a przy tym zachowują jasność przekazu.
Ostatnim rozdziałem książki jest krótki aneks przedstawiający hemofilię w świetle medycznym – omówione w nim zostaje sama choroba, jej prawdopodobna przyczyna, rozwój umiejętności leczenia. Jest on napisany bardzo jasno – terminy medyczne są ograniczone do minimum na rzecz jasnych określeń z języka niemedycznego.
Krew królów to ciekawa pozycja – pozwala poszerzyć swoją wiedzę z zakresu popularnej nauki, która czasem staje się bardziej popularna niż naukowa – tu mamy zachowane zdrowe proporcje między tymi dwoma składnikami a dodatkowym elementem tego tryptyku – fabułą. Książka przykuwa uwagę czytelnika poprzez plastyczne opisy i sporą sprawność językową zarówno tłumacza jak i autora. Jest to pozycja godna uwagi osób, które chcą poszerzyć swoją wiedzę historyczną o dodatkowy tekst spoza obrębu historyczno-medycznego, który łączy w sobie cechy tych dwóch nauk, pozostając przy tym zgrabnie napisaną powieścią, która uprzyjemni kilka godzin.


wtorek, 1 lutego 2011

Jarosław Stawirej - Masakra profana




Każda kolejna strona wiązała się z salwą śmiechu. Salwą wypaloną prosto w przestrzeń. Salwą odpaloną przez masakryczny w profanujący (a może – profetyzujący) sposób tekst. Obrazoburczy, prześmiewcy, ironiczny, szalony, nonsensowny, a, zarazem, na swój sposób mądry. Pierwsze słowa Zielonej mili mówią, że śmiejmy się najczęściej z tego, czego boimy się najbardziej – czy tak może czuć się czytelnik. Albo – czy taki był zamiar?
Adnotacja na okładce jest skierowana prosto do czytelnika – odbiorca tekstu jest pytany o to, jak by była jego reakcja na bycie wybranym przez Jezusa. Sam tytuł wskazuje na ciężkie przejścia, jakie mogą być tego skutkiem dla przeciętnego profana. Jak jest?
Z pewnością śmiesznie – pierwsze strony książki przedstawiają nam przeciętnego japiszona, który niewierząc, reprezentuje dyskryminowaną większość seksualną i raczej nie żyje z zgodzie z Dekalogiem, ceniąc przy tym gazetę z „W” w nazwie. Nagle oczom jego ukazuje się Matka Boska i mówi mu, że został wybrany (czy też namaszczony) przez Jej Syna na proroka, który będzie niósł Dobrą Nowinę we współczesnym mu świecie. Bohater, jak łatwo się domyśleć, nie tryska aprobatą, jednak nie ma wyboru – zostaje włączony do grupy, którą uważał jeszcze niedawno za śmieszną i bliską mu równie jak planeta w konstelacji Raka. O fakcie swojego wybrania mówi swojej dziewczynie, która reaguje na to przerażeniem godnym niewiernego, któremu przed oczami wyrósł nagle rosły krzyżowiec z mieczem dwuręcznym w dłoniach. Przerwana zostaje sielanka, a bohater naznaczony stygmatami; są one powodem jego zwolnienia, gdyż ujawniają się one w czasie ważnej dla bohatera prezentacji w firmie.
Od momentu zwolnienia do z pracy akcja nabiera tempa i po chwili bohater, wydzielając cudowną woń kwiatów i nie czując żadnych nieprzyjaznych człowiekowi warunków bytowo-atmosferycznych, prosto z ławki w parku (gdyż traci cały swój doczesny dobytek) trafia do zakładu dla obłąkanych. Tam dowiaduje się, że nie jest jedynym człowiekiem, który twierdzi, że ma objawienia maryjne, gdyż z górą dwustu pensjonariuszy tego przybytku intelektualnych rozkoszy jest podobnego, co on zdania. Po pełnej delikatnego uroku kuracji nasz bohater zostaje uznany przez lekarza prowadzącego za całkowicie zdrowego – zarówno fizycznie, jak i psychicznie; werdykt lekarza jest jednoznaczny – nasz bohater ma objawienia. A dalej... dalej jest tylko śmieszniej.
Książka serwuje ironiczny humor dużymi porcjami – zarówno poprzez słowa jak i sytuacje, jakie są w tekście opisane. Od pierwszych stron książka oswaja czytelnika z obrazoburczymi zestawieniami, które mogą urażać czytelnika wierzącego, jednak najczęściej są to wypaczone delikatnie spostrzeżenia przeciętnego człowieka patrzącego z boku na wydarzenia w Polsce i świecie.
Sama fabuła jest ciekawą mieszanką klasycznego mitu (wspaniale nakreślony motyw podróży, bohatera pokonującego liczne przeciwności, będącego w dużym stopniu narzędziem w rękach sił wyższych, ciekawie powracający motyw kobiety, jak i jej roli w społeczeństwie) z tekstami apokryficznymi, pismami Ojców Kościoła, hagiografiami średniowiecznymi (bowiem bohaterowi zdarza się trafić w miejsca o żywo je przypominające, a także przybrać cechy świętych wieków średnich, których ciało, umacniane przez Boga, znosiło trudności, cierpienia i niewygody, wydzielając przy tym woń kwiatów, najczęściej po śmierci), opowiastki filozoficznej i botoksu. Zbudowana w formie tryptyku odnosi się do wzorców średniowiecznego budowania traktatów filozoficznych, a zarazem, poprzez nazwy trzech rozdziałów, odnosi się w jakiś sposób do Pisma Świętego.
Pisanie o czymś wulgarnym w sposób lotny było dotychczas znakiem jakościowym Stasiuka, jednak młodsze pokolenia pisarskie potrafią dotrzymać kroku, czego dowodem jest Masakra. Fraza książki jest lekka, trafna, dobrze dobrana; język – opanowany w wysokim stopniu. Czasem można zadziwić się, jak można pisać o absurdzie w tak lotny sposób.
Liczne wątki przeplatając się w najmniej spodziewany sposób (krew ze stygmatu, kapiąc w oko szefowej bohatera, która to popełniła samobójstwo poprzez iniekcję podręcznej porcji botoksu, przywraca ją do życia), epatując czystym nonsnsem, wywołują salwy śmiechu. Przy czym nie jest to śmiech do końca pusty – wyśmiewane są wady społeczeństwa polskiego: jego zaślepienie i potrzebę realnego transcendentu, którą zapełnić może pierwsza z brzegu informacja z okładki tabloidu. Końcowy tryumf rozumu (wziętego za ingerencję bożą) nad metafizyką jest tego doskonałym obrazem. Książka jest niewątpliwie obrazoburcza, może obrażać uczucia religijne, jednak wskazuje zarazem śmieszność dewocji w czystej, i nie tylko, formie.
Masakra profana jest książką godną polecenia – czyta się ją dobrze, chociaż lektura w autobusie może skutkować zdziwieniem współpodróżnych – doprawdy – czasem trudno ukryć śmich. Śmiech, który staje się potężnym orężem w dłoniach narratora. Jednak, jak to mawiał Foucault, przeciw komu jest skierowany?
Odpowiedzcie sobie sami.

piątek, 21 stycznia 2011

Andrzej Łapicki - Nic się nie stało!



Oto mam przed sobą książkę wydaną nakładem wydawnictwa Świat Książki, z której okładki spoziera na mnie z powagą osiemdziesięciokilkuletni mężczyzna. Mężczyzną tym jest Andrzej Łapicki – jeden z grona wybitnych polskich aktorów, których wkład w polski teatr jest niemożliwy do przecenienia; felietonista i aktor filmowy. Ostatnimi czasy, jak sam o sobie mówi – celebryta. Książka jest zbiorem krótkich felietonów opublikowanych w Rzeczpospolitej oraz Teatrze, jak i rozmów prowadzonych z żoną.
Teksty umieszczone w książce, będącej zbiorem felietonów, są komentarzem do bieżących wydarzeń politycznych, społecznych i kulturalnych – większość z nich została opublikowana w ciągu ostatnich trzech lat we wspomnianych gazetach. Tu – są ciekawym uzupełnieniem dla biografii zapomnianego w znacznym stopniu aktora, jak i interesującą opowieścią o Warszawie – zarówno tej przedwojennej, jak i z okresu odbudowy.
Teksty są podzielone na grupy tematyczne – pojawiają się opowieści o savoir-vivrze, Piłsudskim, Warszawie okiem kilkulatka, kulisach teatrów czy krytykach literackich – wszystkie są budowane w kontekście wydarzeń bieżących i odnoszą się do bogatego doświadczenia autora. Zbiór ten bowiem ma charakter quasi-biograficzny. Informacje zawarte w felietonach pozwalają lepiej poznać aktora.
Każdy z tych tekstów można nazwać perełką – język jest niesamowicie plastyczny i płynny. Nie ma elementów przegadanych, sam autor poddaje się tekstowej autocenzurze, która przejawia się przez upominanie samego siebie przy mówieniu o swoich sukcesów (zwłaszcza, gdy język i pióro chcą wyliczyć chociaż część dorobku). Charakter ryżanina, jak i jego bogate doświadczenie pozwalają zrozumieć ogrom przemian kulturalnych, obyczajowych i ekonomicznych, jaki zaszedł w przeciągu kilku ostatnich dekad. Dekad, które pokrywały się z pracą twórczą Łapickiego.
Zapisy krótkich rozmów między autorem a jego żoną – Kamilą – poszerzają wiedzę czytelnika na temat ludzi ze starszej epoki, którzy w znacznej mierze swoje życie oddali dla jednej profesji o artystycznych korzeniach. Ludzi z epoki przedwojennej, epoki innego myślenia o kulturze. Myślenia zniszczonego przez wprowadzanie norm równych i równiejszych, a które w jakiś sposób przetrwało w warstwach szeroko pojętych artystów. Prawdopodobnie ta luka może powodować, że czytelnik nie zawsze czuje się komfortowo w rzeczywistości opisywanej przez autora.
Rzeczywistości opisywanej z perspektywy człowieka, który w poprzednim systemie żył godnie dzięki wierności swojej profesji i mistrzostwu, do którego doszedł w grze na scenie i przed kamerami. Zawód aktora wiąże się z wysoką samooceną, jednak element, który w środowisku teatralnym jest zaletą, przy pisaniu potrafi przerodzić się w dandyzm. Pomimo tego – autor wstrzymuje się od oceny współczesności, jakiej oczekuje się w momencie, w którym rozumie się, o jakim wydarzeniu z bliskiej przeszłości kilkunastu miesięcy pisze. To miłoszowskie wstrzymanie sprawia, że tekst zyskuje na obiektywności – pozostaje w sferze publicystyki tradycyjnej i konserwatywnej, stroniącej od wydawania jednoznacznych ocen, a raczej poszukującej źródeł i analogii z wydarzeniami z przeszłości.
Zbiór Nic się nie stało autorstwa Andrzeja łapickiego uważam za lekturę godną uwagi. Zadowoli czytelnika poszukującego konkretnych świadectw naocznych świadków wydarzeń ostatnich siedemdziesięciu lat, osobę, która poszukuje lekkiej, ale inteligentnej lektury na podróż do pracy czy też chwilę odpoczynku po niej. Kolejne teksty są krótkie, przeczytanie każdego z nich zajmuje kilka minut, a świetny język, jakim została napisana książka sprawia, że trudno się od niej oderwać.