Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zygmunt Bauman. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zygmunt Bauman. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 stycznia 2015

Zygmunt Bauman, Michael-Hviid Jacobsen, Keith Tester – Rozmowy o socjologii



Zygmunt Bauman zdaje się być ostatnio badaczem dialogu. Kolejne książki sygnowane jego nazwiskiem są rozmowami – czy to z innymi (Płynna inwigilacja, Bauman/Bałka), czy to z samym sobą (Dzienniki). Niedawno wydana książeczka Rozmowy o socjologii zdaje się potwierdzać tę regułę. 

Ta niewielka publikacja (formatu kieszonkowego i o objętości nieprzekraczającej 170 stron) zawiera kilka rozmów z Michael-Hviid Jacobsenem i Keith’em Testerem oraz opublikowane przed laty artykuły Baumana. Wybór takiej formy jest uzasadniony przez rozmówców, a zarazem redaktorów tomu – przedruk artykułów sprzed lat ma ułatwić zainteresowanym dostęp do nich. Jest to niezwykle szczytna idea, jednak w „naturalnym”, anglojęzycznym środowisku niniejszej publikacji; artykuły te z łatwością można znaleźć w polskich bibliotekach uniwersyteckich. 

Głównym założeniem rozmów zawartych w książce jest przybliżenie czytelnikowi niezaznajomionemu z naukowym obliczem socjologii jej praktycznego wymiaru. Rozmówcom udaje się to, jednak można mieć wrażenie, że skupiają się oni wyłącznie na kwestiach fundamentalnych dla mówienia o naukach społecznych jako realizujących pewien zbiorowy zamysł. Udaje się im zarazem w prosty i przekonujący sposób uzasadnić potrzebę prowadzenia różnorakich badań społecznych. Służyć one mają wszak… wszystkim. 

Sam wybór artykułów zdaje się być nieprzypadkowy. Są to najbardziej znane i, jak powszechnie się uważa, najważniejsze wczesne teksty Zygmunta Baumana. Stanowią one ciekawe wprowadzenie do jego dorobku, dzięki czemu książeczka ta jest świetnym wstępem dla osób, które nie do końca wiedzą, o co z tą socjologią chodzi. 

Rozmowy o socjologii są ciekawą publikacją, która może przypaść do gustu osobom chcącym zrozumieć kontekst wypowiedzi socjologów, ale i mechanizmy działania ich badań. Wychodzi ona naprzeciw zainteresowanym naukami społecznymi i uzupełnia, dzięki przejrzystej formie rozmowy,  

niedziela, 12 stycznia 2014

Zygmunt Bauman, David Lyon - Płynna inwigilacja. Rozmowy

Nowoczesność oczekuje komentarza; im szybciej się ona rozwija, tym częściej parować jej ruchy muszą osoby, które zrekonstruują jej strukturę i przedstawią ją jako całość. Taką, dosyć stałą odpowiedzią na kolejny element płynnej nowoczesności jest nowa książka Zygmunta Baumana – Płynna inwigilacja. Jest to zapis korespondencyjnej rozmowy z Davidem Lyonem dotyczącej inwigilacji w przestrzeni publicznej, przemian, które narzucają media społecznościowe, oraz kwestii (pozornie) kontrolowanej autoprezentacji, jaka dokonuje się niemal każdego dnia.
Punktem wyjścia tej korespondencji zdaje się być pewien paradoks; bowiem, jak to wskazuje Lyon żyjemy w czasach, w których inwigilacja jest gwarancją bezpieczeństwa. To spotkanie się dwóch kategorii rozdzielanych przez Michaela Foucault, którego duch unosi się nad transoceaniczną dyskusją dwóch myślicieli, zdaje się być paradoksem dobrze oddającym możliwości, jakie dają nowe media. Rozmówcy zarazem zaznaczają, że nie są to korzyści darmowe – użytkownicy mogą z nich korzystać za cenę udostępnienia administratorom serwisów swoich danych dotyczących preferencji i zainteresowań. Właśnie te informacje, udostępniane dosyć chętnie przez użytkowników mediów społecznościach, stają się walutą; każdy check-in, każde wciśnięcie lubię to!, każde udostępnienie treści dostarcza informacji, które ułatwiać mogą reklamodawcy (!) trafienie do reklamobiorcy (!), czyli potencjalnego klienta, który został wytypowany na podstawie informacji zawartych w przeglądarce. Badacze podają ciekawy przykład zakupu biletów lotniczych, gdyż w zależności od miejsca, komputera czy historii przeglądanych stron cena biletu może znacząco się różnić… Zarazem rozmówcy zwracają uwagę na kwestię wygodnictwa, która z jednej strony przyspiesza podejmowanie decyzji, a z drugiej – skłaniać może do podejmowania pochopnych działań.
Ta ekonomizacja wskazuje na przeniesienie znaczeń powiedzenia wiedza to potęga; Bauman i Lyon zdają się mówić: wiedza to pieniądz, i, jak to dowodzą, zaskakująco duży pieniądz. Wskazują oni na szerszą perspektywę różnorakich akcji i zrywów społecznych, napędzanych przez publikowane w mediach społecznościowych wpisy, jak chociażby niedawna egipska wiosna – badacze sugerują, że gdyby któryś z portali (twitter, Facebook) zablokował wyświetlanie pewnych hasztagów i postów, wtedy komunikacja między uczestnikami zwyru zostałaby zaburzona, a to doprowadzić mogłoby do jego upadku; innymi słowy – gdyby zarząd wspomnianych portali uznał, że jakieś działania nie są mu na rękę, politycznie czy ekonomicznie, skutecznie mógłby je storpedować przez... pasywność, czyli zatrzymanie strumienia informacji, jakim jest niewątpliwie społecznościowy news feed. Zatem wiedza to nie tylko władza, ale i… pieniądz?
Niezwykle cenne w tej książce jest przedstawianie zjawisk w sposób niejednoznaczny – badacze stwierdzają wszak, że inwigilacja, jakiej się poddajemy, dokonuje się w dużej mierze za naszym pozwoleniem, oraz że ograniczać może ona wolność; z drugiej strony wskazują na pozytywne aspekty tego zjawiska – zwiększenie bezpieczeństwa za niewielką cenę, ale i zmniejszenie podejrzliwości w relacjach. Wszak nieznany przestaje być obcym, gdyż przez dopuszczenie do społeczeństwa i obecność w nim staje się innym. Gdyby dodać do tego, niespotykaną do tej pory, możliwość wygooglowania kogoś, można mówić o znaczącym ułatwieniu relacji i uproszczeniu ich struktury; randki w ciemno dziś przestają być aż tak w ciemno. Zarazem mechanizm ten wyzwala inną, mniej korzystną zależność – dokonywanie rozdzielenia swoich od obcych zmusza do opowiedzenia się po którejś ze stron: wstrzymanie się od głosu umieszcza natychmiast w pozycji obcego, gdyż brak deklaracji potępiającej obcego stygmatyzuje w równy sposób co przynależność do niechcianej grupy. Bauman przytacza tu przykład muzułmanów w świecie po 11 września, lecz bliższym czytelnikom może stać się bardziej aktualny zbiór znaczeń, jakim obciążeni są przedstawiciele narodowości Romskiej czy Ślązacy; paradygmat jest ten sam – albo jesteś z nami, albo przeciw nam.
Wspomniana ekonomizacja dyskursu władzy jest zaznaczona wyraźnie w Płynnej inwigilacji. Pomijając wspomniane traktowanie informacji jako waluty, Bauman i Lyon zwracają uwagę na zdecentralizowanie pozycji obserwatora w wieży panoptykonu – obserwowany nie może wskazać jednoznacznie na postać obciążoną odium winy; to rozproszenie, które dokonuje się w płynnej nowoczesności wymyka się ocenie moralnej – zwraca na to uwagę Lyon. Pojawia się tu wprawdzie owy on / owi oni, lecz brakuje tu jednoznacznego, niemal gombrowiczowskiego wskazania palicem i dokonania aktu performatywnego, który mówiłby to on patrzy”; akt ten natychmiast nakazywałby na potępienie wskazanego, gdyż czynność ta, boleśnie wręcz skonkretyzowana, wymuszałaby na wskazującym ustosunkowanie się do niego. Wszak obserwacja to posiadanie nadmiaru wiedzy, co deprecjonuje i skazuje na ostracyzm. Obserwujący, mimo służenia bezpieczeństwu ogółu, staje się natychmiast podejrzanym, gdyż posiada wiedzę wykraczającą poza zasięg przeciętnego obserwowanego. Jedną ze strategii sprzeciwiających się temu procesowi jest dążenie do anonimizacji w przestrzeni publicznej, czego przykładem może być chociażby unifikacja ubioru; badacze wskazują na coraz szerzej zakrojone profilowanie potencjalnego klienta – czy to w Sieci, czy to w twardej, nie wirtualnej rzeczywistości.
Mimo świeżości myśli zawartych w książce trzy kwestie strukturalne zdają się przebijać w niej najwyraźniej. Pierwszą jest powtarzanie się Baumana – jego wcześniejsze wypowiedzi w mediach zdają się mieć w tej książce swoje rozwinięcie, tak jak chociażby słynna styczność myśliciela z dostosowaną do jego preferencji ofertą Amazona. Ten przykład pojawiał się w jego wcześniejszych tekstach publicystycznych. Budzić to może z jednej strony pewne zdziwienie, gdyż czytelnik może oczekiwać, że Płynna inwigilacja będzie zawierać treści stanowiące absolutne novum, jednak rozszerzenie przestrzeni wypowiedzi i dodanie drugiego, przychylnie innego w postaci Lyona rozszerza tu treść, a wspomniany przykład przestaje być powierzchowny.
Drugą kwestią jest potwierdzanie przez rozmówców intuicji polskich badaczy zajmujących się nowoczesnością, mediami i medializacją przestrzeni publicznej (chociażby Anna Maj, Anna Nacher czy Michał Derda-Nowakowski). Zarazem w tej książce dokonuje się w tej książce werbalizacja niektórych tropów wieszczonych przez ekonomów, a które podchwycili... odpowiedzialni za sieci społecznościowe.
Trzecim elementem jest pewne przewartościowanie bezpieczeństwa w dwanaście lat po WTC i rozpoczęciu wojny z terroryzmem – rozmówcy sugerują, że machina służąca bezpieczeństwu zdaje się pędzić w złym kierunku; przestaje służyć ogółowi, a, w niedalekiej przyszłości, może go po prostu ogłupiać, a nawet przeciwstawiać ogółowi interesy posiadającym pieczę nad dyskursem władzy jednostkom.
Płynna inwigilacja nie jest książką prostą ani jednoznaczną, jednak zaliczyć ją należy do grupy wytrychów, które otwierają myślenie – o nowoczesności, sposobach kierunkowania zachowań w internecie i społeczeństwie, ale i o mechanizmach pracujących pod powierzchnią widzianego. Wskazanie roli obserwatora (lub obserwatorów, jeśli tacy istnieją) oraz wiążących się z nim znaczeń nie jest tu przecenienia, jednak formuła i wywód w tej książce jak i prezentowane w niej argumenty są przejrzyste, zbliżone do publicystyki stosowanej przez Richarda Senetta, jednak Baumanowi i Lyonowi udaje się łączyć pogłębioną analizę z lekkością tekstu, co nie zdarza się, niestety, często.

piątek, 11 stycznia 2013

Zygmunt Bauman – To nie jest dziennik



Zapiski dziennikowe zawsze są ciekawe – przedstawiają świat widziany na świeżo, pozwalają na komentowanie bieżących wydarzeń. Są one przeciwieństwem opowiadania historii, bo nie pozwalają na jakikolwiek dystans. Powoduje to niejednokrotnie spłycenie ocen; zachowana przy tym jest jednak ich szczerość i emocjonalność. Jednocześnie migający kursor często nie daje piszącemu spokoju. Takiej metafory użył w swoim nie-dzienniku Zygmunt Bauman. Czy trafnie?
Większość diariuszy jest pisana do szuflady. Ich intymny charakter utrudnia decyzję o publikacji i zamyka dostęp do tego cennego źródła wiedzy o autorze i jego procesie myślowym czy twórczym. Proces ten okazuje się być niejednokrotnie kluczowy dla analizy tekstu, o czym można się przekonać chociażby porównując zapiski Jarosława Iwaszkiewicza z jego prozą.
Sygnały intymnej natury tekstu wysyła Bauman w swojej książce niemal wciąż. Sfera ta podkreślana jest przez pojawiające się między wierszami informacje o jego samotności. To nie jest dziennik jest reklamowany jako zbiór zapisków powstałych po śmierci żony myśliciela. Jest to konstrukt z pewnością pociągający czytelnika; zwłaszcza, jeśli znana jest wcześniejsza twórczość światowej klasy socjologa. Co on napisze? Czy będzie dokonywał autoanalizy i spoglądał na siebie jako na przedmiot badań nad zjawiskiem osamotnienia? Jak do siebie będzie stosował, z pewnością mu znane, badania dotyczące przeżywania żałoby i próby odnalezienia się w nowym miejscu i stanie?
Tu jednak autor nie pozostawia zbyt wiele pola ciekawskim – najnowszy tom zapisków okazuje się być regularnie prezentowanym zachwytem nad postmodernistycznym panoptykonem, umożliwiającym obserwację wszystkiego jednocześnie, dostęp do niemal każdej opublikowanej na świecie informacji. Badacz, zajmujący się ostatnio tematyką ponowoczesności, z ogromną lekkością prezentuje trudne do zrozumienia przez laika oceny i ekspertyzy socjologiczne i ekonomiczne. Będąc znawcą zagadnień społecznych, Bauman prezentuje problemy, które wyklarowały się w czasach kryzysu gospodarczego; obserwuje świat ze swojego mieszkania za pomocą elektronicznego okna i komentuje to, co wydaje się być godne uwagi.
Jednym z kilku kluczy do tej książki jest selekcja informacji. Między wierszami Bauman edukuje czytelników – mówi jakby „szukajcie pewnych informacji, w pewnych i wypróbowanych źródłach, ale zawsze miejcie na uwadze to, że prawda jest gdzieś w połowie, a do jej dostrzeżenia potrzebna jest zarówno wiedza, jak i wielostronny ogląd spraw”.
Ta powszechna, niemal śmieszna w swojej prostocie wiedza, w rękach Baumana okazuje się być zabójczo użyteczna i pouczająca. Odwołując się we wstępach swoich zapisków dziennych do niemal nagłówkowej formy informowania czytelnika, przechodzi bardzo sprawnie do analizy przedstawionych informacji w sposób godny naukowca. Konfrontuje przekazywane informacje z tym, co do powiedzenia mają najbardziej cenieni badacze społeczeństwa; wiadomości, przecedzone przez metodologiczne sito, często okazują się być dalekim od prawdy bełkotem. Niewątpliwie taka postawa ma cele edukacyjne – trudno w zapiskach tych doszukać się epatowania erudycją i popisywania się wiedzą. Jest to raczej zbiór cennych obserwacji świata mediokracji i licznych przytyków kierowanych w stronę czytających nieświadomie. Ważnym wydaje się też to, że nie ma w tej książce twierdzeń przedstawionych jako niepodwarzalne, podpartych przez autorytet profesorski. Zygmunt Bauman w swoich zapiskach schodzi z katedry, staje się bardziej intymny, a jego tekst mniej przesycony dyskursem akademickim, jednak wciąż wystarczająco kompetentny i mądry swoim naukowym przeżywaniem, by dostrzec refleksy stanowiące istotę prawdy. I zapisać je.
Wspomniałem już o samotności bijącej od tej książki. Nie jest to jednak stan, który nazwać by można porzuceniem lub pozostawieniem na pastwę. Jest to raczej przestrzeń samotni dumania, w której można się zdystansować od bodźców odciągających uwagę. Bauman w tej figurze zachowuje się niemal jak oglądający obrazy Picassa – odchodzi kilka kroków i patrzy, szuka detali niemożliwych do zobaczenia z nosem niemal przytkniętym do płótna. Wyjście poza dyskurs poprawia jego pogląd na… dyskurs właśnie. Nie rozpisuje się, staje się eseistyczny i lekki w swojej mowie, zarazem zachowując ostrość obserwacji i jasność ocen.
Dziennik, jak już zostało powiedziane, nie jest zazwyczaj przeznaczony do publikacji. Sławomir Mrożek rozwijał swoje zapiski w ramach treningu pamięci po wylewie, spoglądał na swoją przeszłość z perspektywy kilku dekad. W zapiskach Baumanowskich dzieje się jednak coś innego – są świeższe, bardziej dynamiczne, odwołują się do formacji kulturowej i ekonomicznej bliższej czytelnikowi. Stają się niejako przewodnikiem po najważniejszych dla socjologa wydarzeniach społeczno-ekonomicznych przełomu 2010 i 2011 roku. Ten dynamizm czasowy zmusza do uważnej lektury – wiele treści okazuje się być w tej książce zawoalowanych przez erudycję i autorytet autora. Kwestia obserwacji, bycia obserwowanym, skupiania się na najważniejszym. Według siebie. A przecież, jak to głosi psychologia, umiejętność skupienia się to nic innego jak sztuka eliminacji bodźców odciągających uwagę. Taki komfort umożliwia właśnie samotnia. W której miga tylko kursor – nieubłagany poganiacz myśli i palców.
Tytuł odwoływać się może do znanego eseju Michaela Foucaulta (To nie jest fajka), w którym filozof opisuje swoją obserwację i granice między tym, co widziane, a tym, co jest. Bo to, co czytelnik trzyma w dłoni, jest tylko przetworzoną (przynajmniej dwukrotnie – pamiętać należy o tym, że książka ta w oryginale napisana była po angielsku) formą przekazu. Zapośredniczeniem zapośredniczenia. Oryginał wciąż jest w głowie autora, może w jego zapiskach. Sam Bauman zapośrednicza treści – jest Mcluchanowskim przekaźnikiem stającym się treścią, dzielącym się nią i stającym się źródłem podlegających interpretacji… treści? Chyba tak to można nazwać. Pośrednictwo bowiem staje się kolejnym tropem tej książki – mediokracja i panoptykon stają się tylko elementami składowymi tej książki. Wszystko to przetwarza autor i prezentuje czytelnikom jako swoje zdanie – efekt godzin obserwacji i lektury. A to, peryfrazując Miłoszowską Ars poetica?, prawdą już nie jest. Pytanie o nią też pojawia się między słowami tej książki – gdzie ona jest, skoro wszyscy twierdzą, jakoby byli jej szafarzami?
Ostatnią refleksją, która nasunąć się może przy lekturze Baumanowskiego dziennika, jest kwestia dojrzałości i sumowania. Ta forma, na wskroś literacka, wiąże się z dojrzałym sumowaniem całodziennej obserwacji. Wpis dzienny jest formą podsumowania dnia, zanotowania refleksji dotyczących przyswojonych i przemyślanych treści. Już sama świadomość konstrukcji tego gatunku nasuwa skojarzenia z nocą – przestrzenią wyciszenia, przerywaną głośniejszymi westchnieniami i odgłosami pisania. Autor sam zaznacza na początku książki, iż rozpoczyna o 5 rano. I nie wie co napisać, czuje jednak potrzebę uchwycenia tego, co przemija, podsumowania przeżycia. Zdjęcie na okładce nie pozostaje bez znaczenia – trzymający się za czoło, przekraczający połowę dziewiątej dekady swojego życia autor staje się znaczącym obrazem książki – skojarzenie z przedstawieniem Heraklita na obrazie Rafela Santiego. Książki pełnej obaw, zadumy i podsumowań. Jakich? Cóż – na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam. Wszak ta recenzja jest już formą zapośredniczenia; formą, która tą książką nie jest.