Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marginesy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marginesy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 maja 2017

Stefan Hertmans – Głośniej niż śnieg



Ciekawe jest to, że Hertmans po raz pierwszy pojawił się na polskim rynku jako autor biografii swojego dziadka. Nie ukrywam – bardzo mi się ta rzecz podobała, a kiedy ją skończyłem, miałem pewien niedosyt. Bo i literacka „kreska” zgrabna, i tłumaczenie udane. I tak jakoś, miałem ochotę na nieco więcej ;). Kilka dni temu wpadła mi w ręce kolejna książka Hertmansa – Głośniej niż śnieg i… mam trochę mieszane uczucia. 

Plot jest prosty – John De Vuyst, redaktor w szanującym się wydawnictwie, zostaje wplątany w spisek z Chazarami w tle. To jest tak długo wałkowane w tej książce, że… pozwól, że przejdę dalej. Powiem tylko, że pomysł jest mocno odjechany, ale trzyma się kupy, chociaż jest dziwny. No więc John ma kłopoty z nerkami, młodszą żonę i – w pewnym momencie – kochankę. Zabawne połączenie, nie sądzisz? 

Do tego nachodzi go (a w sumie – regularnie napada) wielki rudowłosy oprawca. Potem – po napastowaniu i sponiewieraniu – wypuszcza swoją ofiarę i znika. Główny bohater jest nieco skołowany. Zastanawia się nawet, czy coś mu się w głowie nie przestawia. W tak zwanym międzyczasie zdradza żonę z przypadkowo poznaną kobietą (która okazuje się nieco ważniejsza w tej układance) i… jakoś to się toczy. W tak zwanych „czterystu znakach” opisu ta książka nie wygląda zachęcająco. Ale podpowiem - ma sporo do zaoferowania. Chociaż może mieć wady (może). 

Im bardziej myślę o tej opowieści, tym bardziej dochodzi do mnie, co mi w niej nie pasuje. To poetyckość języka i próba upchnięcia na trzystu stronach spisku, romansu, terroru i bólu po odejściu matki. Udaje się to w poematach. W prozie – niekoniecznie. Żebyśmy mieli jasność: spisek i całość fabuły jest super (jak już ją poznasz, rozłożysz i potem złożysz; tak jest nawet wtedy, gdy uświadamiasz sobie, że to wszystko może dziać się tylko w głowie Johna), ale poziom… kompleksowości niektórych wątków nieco mnie konfuduje. 

Może to ma związek z tym, że lubię dynamiczne i prosto napisane thrillery (coś takiego zrobił Philip Roth w Operacji Shylock i wyszło mu to bardzo dobrze). Tu jest za wiele elementów na zbyt małej „literackiej” przestrzeni. Hertmans rozciąga 300 stron powieści dodając językowi cech poetyckich, ale… niekoniecznie mnie to przekonuje. Czasami miałem wrażenie, że chodziło w tej książce o takie „ścieśnienie” wątków w małej ilości słów. To daje ładne efekty w wierszach i pochodnych. W prozie może nieco irytować. Dobra – pomarudziłem, teraz fajne rzeczy. 

Podoba mi się atmosfera w tej książce. Jest zarazem niepokojąca i uspokajająca. Tak! Widać to w podejściu bohatera: racjonalizuje zagrożenie i się od niego odcina. Nawet jeśli nie jest pewien, czy to wszystko nie jest jakaś dziwna szopka. Jego rozsądek nakazuje uciekać, ale „serce” chce zostać. I na tej osi widać najwięcej dobrego. Pomaga tej atmosferze ogólne wrażenie nierealności tej historii. Im dalej w opowieść, tym częściej możesz sobie zadawać pytanie: „czy to wszystko nie jest jakąś szaloną wizją spowodowaną zatruciem organizmu Johna”? Sam się zastanawiałem i dalej nie wiem. Może. Ale co jeśli nie? 

W tej książce łączą się różne gatunki. Jeśli lubisz takie klimaty, to powinno Ci się spodobać. Chociaż oniryczny charakter tej opowieści może w pewnym momencie sprawić, że całe to mieszanie i „wychodzenie poza ramy” gatunków zleje Ci się w całość. Czyli skończy się przeczytaniem tej książki na zasadzie „po prostu”. Jestem przekonany, że ta opowieść wymaga trochę miłości i sporo uwagi. Dlatego jeśli planujesz ją czytać dojeżdżając do pracy, to przygotuj się na ciągłe wrażenie oderwania od opowieści. Mija po kilku stronach, ale coś takiego mnie prześladowało przez kilka dni, kiedy jeździłem do pracy i wracałem do domu z Głośniej niż śnieg. 

Nie zmienia to faktu, że całościowo to przyjemna rzecz. Jeśli przymkniesz oko na złożoność tej historii (która chwilami mnie irytowała), skupisz się na tym, „co się właśnie dzieje” i olejesz rozbudowane wątki dotyczące przeszłości Chazarów i zachwyt nad kunsztem polifonii wielu scen (zwłaszcza tej naprawdę ciekawej w restauracji), to okaże się, że da się tę książkę przeczytać od początku do końca i śledzić tylko główny wątek. A pod koniec poczuć, że było miło. No chyba, że lubisz się bawić w rozkładanie opowieści na części pierwsze. Jeśli tak, to leć do księgarni lub kup sobie e-booka Głośniej niż śnieg. Będzie kminienia co nie miara.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Marie Bennett – Hotel Angleterre



Szwecja i II wojna. Pewnie pamiętasz, że trzecim elementem tej układanki jest „neutralność”. Tak. Szwecja nie brała udziału w II wojnie światowej (oficjalnie), ale nie przeszkadzało to władzom sprzyjać pewnym stronom i przymykać oczy na ich obecność. Ba, nie przeszkadzało to wcale temu, żeby po wybuchu wojny zimowej (czyli fińsko-sowieckiej) zmobilizować tysiące młodych mężczyzn i posłać ich na daleką północ. No bo nie wiadomo, czy nielubiani bolszewicy nie przejdą przez Finlandię i nie postanowią krzewić ideologii leninizmu-stalinizmu przy pomocy ostrej amunicji. Ale koniec z ironią, bo książka, o której tu mowa jest całkiem przyzwoita. Nawet nieco bardziej niż „całkiem”. Chociaż to trochę „love story”, a przy okazji ciekawy obraz Szwecji w czasie wojny. Mało tego w literaturze przełożonej na polski, więc… tym chętniej zajrzałem do Hotelu Angleterre. I muszę przyznać, że nie żałuję. 

Po kolei. Zaczyna się wojna zimowa, mobilizacja i przymusowa migracja przymusowych szeregowych na daleką i chłodną północ. Jedzie też tam grupa z Malmö i okolic. Jednym z nich jest Georg, główny bohater tej opowieści. Od początku mróz daje wszystkim w kość, a niekończące się ćwiczenia, braki w zaopatrzeniu i złe dowodzenie zaczynają działać im na nerwy. Jedni zaczynają się łamać, a drudzy – buntować. Gdy w rezultacie tego wszystkiego zaczynają ginąć ludzie, Georg z grupką poborowych rozpoczyna pokojowy bunt. Nie podoba się to oficerowi zawiadującemu obozem i gdy ten nie radzi sobie z utratą autorytetu – zabija jednego z żołnierzy. Choć rozwścieczony tłum go nie rozrywa na strzępy, to ujma na honorze nieudolnego dowódcy jest dotkliwa. Mści się na prowodyrach wysyłając ich do obozu dla internowanych, a sprawa buntu (i jego powodów) sprawnym ruchem zostaje zamieciona pod wojskowy i dosyć nabity dywan. Poborowi lądują w obozie wraz z „podejrzanymi politycznie”, czyli ludźmi, którzy nie podobają się władzy – przychylnym okiem patrzącej na to, co robi Hitler. Z tego obozu Georg nie wyjdzie jeszcze przez kilka lat,

W domu zostawia Kerstin – młodą żonę, która próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Nie może pozwolić sobie na samodzielne wynajmowanie mieszkania, więc wyprowadza się do rodziców. Rozłąka daje się jej we znaki i coraz bardziej czuje, że oddala się od swojego męża. No i spotyka nową lokatorkę kamienicy, w której mieszka z rodzicami. I się w niej zakochuje. Teraz rozumiesz, czemu to „love story”. 

Wbrew pozorom – całość jest naprawdę ciekawa. Jeśli zobaczysz notkę na czwartej stronie okładki i skrzywisz się, to masz zarazem rację i jej nie masz. Wychodzi na to, że to taki „blurb Schrödingera”. Bo dopóki nie przeczytasz, to nie zobaczysz, czy książka jest warta czasu ;). Moim zdaniem – jest warta, chociaż plot jest tu… dosyć osobliwy. Ostatnio oduczam się kończenia książek (czasem nie wychodzi mi to na zdrowie), jednak nie musiałem tego ćwiczyć w przypadku Hotelu Angleterre. Dokończyłem i w sumie się nie skrzywiłem. Historia miłosna (pewni krytycy powiedzieliby „nieheteronormatywna”) jest naprawdę niegłupia, a dodatkowej pikanterii dodaje jej tajemniczość ukochanej Kerstin, czyli Violi.

Jak się poznają? Przypadkiem. Viola wchodzi Kerstin na ambicję, Kerstin nie pozostaje dłużna. Gdy obie pełnią dyżury przeciwpożarowe na dachu kamienicy, żona Georga (brakuje mi przymiotników na określenie Kerstin…) daje się zafascynować magnetyzmowi młodej kobiety z wyższych sfer. Do tego Viola, jako córka uznanego profesora, może sobie pozwolić na wynajęcie pokoju w najdroższym hotelu w Malmö, czyli tytułowym Angleterre. Chociaż to dziwne, tylko w hotelach nie brakowało ciepłej wody (reglamentacja wojenna to nie tylko kartki, ale też ciepła woda w kranie). I sama Kerstin też nie spodziewała się niczego, gdy została zaproszona przez nową sąsiadkę na darmową ablucję. Zbliżają się do siebie i w końcu stają się kochankami. 

Im więcej dowiaduje się o Violi, tym lepiej widzi, że coś jest poza „oficjalną” wersją codzienności kochanki. Łącząc kropki „słomiana wdowa” dochodzi do wniosku, że jej ukochana szpieguje na rzecz Anglików. Początkowo się oburza, jednak uznaje to za mniejsze zło. W końcu ją kocha. Ale gdy czuje się zdradzona (bo pojawia się pewien młody oficer), zaczynają się schody. Zrozpaczona Kerstin donosi na nią na policję. Viola znika. I mniej więcej wtedy do Malmö wraca Georg – pokaleczony przez zimę i złamany przez doświadczenia. Jest koniec 1943 roku. 

Tak, streściłem książkę. Nie będzie więcej spojlerów. Dalej robi się dramat rodzinny, jednak naprawdę fajnie opisany. Gra tajemnic i wyrzutów sumienia bardzo ładnie spowalnia akcję w drugiej połowie książki, a zarazem dopina wszystkie elementy historii. Serio, dobrze się to czyta, chociaż przez chwilę zastanawiałem się, czy książce starczy energii do końca. Podpowiem: starcza (ale prawie). W trzeciej części jest dużo o rodzinie, stereotypach, oczekiwaniach i coraz smutniejszej rzeczywistości drugowojennej Szwecji. Jest o powrotach z wojny (chociaż tej konkretnej wojny nigdy w praktyce nie było w tym kraju), o okrucieństwie i bezduszności wojska, dramacie zdradzających i nieświadomości zdradzanych. Przede wszystkim w całej tej historii pierwsze skrzypce gra kobieta, jakich były na całym świecie miliony: porzucona w imię ojczyzny, pozostawiona samej sobie. Kobieta, która szukając sensu tego wszystkiego znajduje miłość i… naprawdę trudno ją ocenić.

Właśnie tych ocen tu brakuje i to mi się bardzo podoba. Krytykują inni, ale nie ci najważniejsi. Chociaż Georg o niczym nie wie, nie ocenia swojej żony, tylko okazuje jej bezgraniczną akceptację i miłość. Kerstin z czasem to dostrzega i zaczyna rozumieć, że trzeba iść dalej. Jest w miejscu, w którym były miliony i w którym będą miliony. Już samo pokazanie tego w książce zasługuje na uznanie. Podobnie jak Katyń Wajdy ta opowieść przedstawia dramat kobiet, które czekają, a które – chociaż jest jakaś korespondencja – nie wiedzą nic. I czekając muszą sobie jakoś radzić. A radzą sobie różnie. 

Dużo tu stereotypów i autorka używa sobie na nich tak, jak tylko się da (i dobrze). Wierna żona żołnierza, idealna szwedzka rodzina, wychodzący zewsząd fałsz, nienawiść do lewicy i pozorna „neutralność” Szwecji. Ma to wszystko naprawdę dużo sensu i składa się w ciekawą całość. O krytyce wojska (jako całości) i jego struktury chyba nie muszę wspominać. Wszystko to jest ładnie przetłumaczone i trzyma się kupy. Jakby nie patrzeć, to fajna proza. Ale. 

Musiało być jakieś „ale”. Końcówka trochę ucieka. Chociaż pewne sprawy są rozwiązane, to pozostaje jakiś niedosyt, zwłaszcza po postaci odważnego podoficera czy samej postaci Axela. Niby wszystko jest dopięte w ostatnim rozdziale, ale… jakoś tak zdawkowo. Jednak to trochę urok tej książki – kilka rzeczy musi być urwane, żeby został niedosyt. Jednak mogło to być zrobione w trochę mniej oczywisty sposób. Bywa. 

Całościowo: warto. Czy bardzo? Głowy bym nie dał, ale już samo to, że wychodzi po polsku całkiem fajna rzecz o drugowojennej Szwecji już powinno Cię zainteresować. Jest tu trochę rozliczania, jednak nie tak mocnego jak w Kolosie. Jest za to odrobina melancholii z Beatlesów, co poczytuję za zaletę. Trochę smaczków, trochę pytań, nieco pod rozwagę. Im bardziej piszę tę recenzję, tym bardziej widzę, że Hotelu Angleterre to całkiem wyważona książka i to – koniec końców – jej największa zaleta.

niedziela, 12 lutego 2017

Gregory David Roberts – Shantaram



Lubię długie książki. Zwłaszcza takie, w których opowieść nieśpiesznie się snuje i jest ciekawa. To taka dziwna przyjemność czytelnika, który lubi sobie po prostu poczytać. Fajnie jest, gdy taka historia porywa, czyli stwierdzasz, że jutro w pracy wypijesz jedną kawę więcej, ale dokończysz następny rozdział ;). Miałem tak z Shantaramem. Chociaż ten tytuł cały czas wylatywał mi z głowy, to jednak wiedziałem, której książki szukać w czytniku. I w sumie przez nią przegapiłem wysiadkę z tramwaju więcej niż raz.

Może słyszałeś, że Indie to magiczny kraj. Pełen tajemniczości, a zarazem radości. W takie miejsce trafia australijski zbieg – człowiek, który nawiał z więzienia, bo czuł zew wolności, pchający go do przodu. Sprawnie przemknął przez odprawę i znalazł się razem z nowopoznanymi turystami w hotelu. Dzięki zbiegowi okoliczności przy zakupie narkotyków (narkoturystyka była kiedyś bardzo popularna w Indiach, a haszysz był dostępny nieoficjalnie w każdym hotelu) i odrobinie intuicji zaprzyjaźnia się z lokalsem i… zaczyna się jego przygoda. Bohater szybko przestaje być turystą, łapie język i daje się wciągnąć w wir przygody. 

Dzieje się w tej książce sporo. Nie ma w niej prawie w ogóle „oficjalnych tras turystycznych”, jest za to sporo rozbijania się po miejscach, w które turysta nie odważyłby się zapuścić. Slumsy, szemrane knajpy, wytwórnie lewych dokumentów… dużo tego. Australijczyk przechodzi przez to trochę jakby to była dziwna, hinduistyczna wersja Boskiej komedii, w której kręgi piekła przeplatają się ze sferami niebieskimi i tarasami czyśćca. Ale jedno pozostaje niezmienne: serce. Bo to taka „książka serca”. 

Według bohaterów Robertsa Indie do kraj serca. Bez niego nikt nigdy nie przestanie być turystą. Z sercem – w ułamek sekundy można stać się kochanym i bliskim dla wielu, nawet największych zakapiorów. To kusząca wizja, która wciąż przyciąga (i to nie tylko szefów korporacji, które mają w Indiach „help deski”, pewnie wiesz dokładnie, o co chodzi), dzięki czemu tamtejsze porty lotnicze nie narzekają na brak ruchu. Ale to nie książka o turystyce. To opowieść o pokoju i miłości, chociaż porywczość Hindusów czasem temu przeczy.

A ten pokój to dosyć trudna sprawa. Indie lat 80., o których opowiada ta książka, to kraj paskudnie rozwarstwiony. Nacjonalizacja, pierwsze zdecydowane ruchy w kierunku westernizacji i wyjścia z impasu kraju postkolonialnego to tylko wierzchołek góry lodowej. Pod powierzchnią czai się ogromne rozwarstwienie społeczne, niekończące się morza dzikich slumsów, kwitnąca przestępczość oraz konflikty na tle wyznaniowym i narodowościowym. W praktyce jedynym wyraźnym punktem „historycznym” tej książki pozostaje morderstwo Indiry Gandhi w 1984 roku. W kilka chwil po ogłoszeniu w mediach jej śmierci z rąk dwóch sikhijskich ochroniarzy zaczynają się w całym kraju rozruchy i akty samosądu na wyznawcach sikhizmu. W praktyce pozostałe „punkty historyczne” są trudne do dokładnego odtworzenia, co pokazuje wagę postaci Gandhi dla samej opowieści. Bez niej, w dużej mierze, nie byłoby Indii, do których trafił główny bohater. Jeśli nie to sprawia, że tę opowieść mogłem przeczytać, to serio, nie wiem, co miałoby sprawić, że ona zaistniała.

Chociaż przechadzanie się po ulicach Bombaju to w tej książce dosłownie temat rzeka, to najciekawsze są dla mnie rozdziały o wyprawie bohatera do… Afganistanu. Tak, do Afganistanu. Pokazują coś, o czym często się zapomina: Pakistan wcale nie był dla Indii „buforem” przed wojną w Afganistanie, a to, co tam się działo, miało sporo wspólnego z tym, co działo się w Indiach, zwłaszcza w „szemranej strefie”. Interesy wielu szefów mafii sięgały właśnie do tego kraju, a wojna… była okazją do zarobku. Niemałego. A o tym, że cała „wojna z terroryzmem”, którą znamy od ataków na WTC i Pentagon, ma swoje korzenie właśnie w wojnie afgańsko-radzieckiej mało kto pamięta. Te korzenie w skali mikro zobaczysz w Shantaramie i to jest – moim skromnym zdaniem – najlepszy wtręt fabularny. Zdecydowanie lepszy niż cała ta historia miłosna z Karlą (bo i taką historię tu znajdziesz, ale jest ona – moim skromnym, czytelniczym i nieco złośliwym zdaniem – drętwa).

Całość tej opowieści można opisać krótko: jest ona brawurowa. Strasznie lubię to słowo, a do tego oddaje dokładnie moje wrażenia po lekturze Shantaramu. To historia, która nie sili się na „całościowe opisanie” jakiegoś kraju, ale raczej pokazuje miejsca i historie, które nie są znane, a tworzą to, co przeciętny turysta zobaczy w Indiach. W gruncie rzeczy… to taki przewodnik nieturystyczny. Bo kto chciałby mieszkać w slumsach, leczyć w nich ludzi, podrabiać dokumenty, zyskiwać na lewej wymianie walut i siedzieć w indyjskim więzieniu? No? Nie brzmi to jak idealny plan na urlop ;). Nie zmienia to faktu, że najważniejsze w tym wszystkim jest wspomniane „serce”. Bez niego główny bohater nie poznałby tak wielu ciekawych postaci (a każda to perełka!), a cała akcja skończyłaby się na którejś z pierwszych stron. Więc jeśli masz wolnych kilkanaście (kilkadziesiąt) godzin i szukasz dobrej książki, to chyba wiesz, co przydybać ;).

I jeszcze trzy uwagi:
- chciałem napisać tę recenzję po przeczytaniu drugiej części (tak, jest już druga część, nazywa się Cień góry i też jest długa), ale… czas, czas, czas;
- napisanie dokładnej recenzji tak bogatej książki to sprawa na elaborat, a nie o to tu chodzi. No;
- nawet jeśli Shantaram to „fabularyzowany dziennik”, to przede wszystkim to proza i jako prozę go czytałem; to nie Knausgard, to po prostu porywająca opowieść. 

Fotografia Indiry Gandhi: Wikimedia Commons