poniedziałek, 7 listopada 2016

Karl Ove Knausgård – Moja walka, tom 4

Kolejny tom łże-dziennika Karla Ove Knausgarda, czyli czasy tuż po szkole. Dokładniej – jeden rok po szkole. W sumie to rok, w którym zamienia jedynie strony nauczycielskiego biurka. Zostaje w szkole. Pewnie się dziwisz, bo jakim cudem taki podlotek może uczyć? Ano – może. W Norwegii to nic nowego, a często tacy młodzi nauczyciele okazują się być kimś więcej dla swoich podopiecznych niż tylko pedagogami. Kimś takim dla niektórych z nich stał się bohater Knausgårda. Tak więc oto – kolejna porcja opowieści, którą autor snuje o sobie. 

Jest chwilami mocno złośliwy. Sam dla siebie. Już to, że wyjeżdża na północ kraju za pracą okrasza złośliwym komentarzem. Bo jak pewnie pamiętasz (to w końcu czwarta część sagi…), autor nigdy nie był łaskawy dla samego siebie (albo raczej – dla swojego „literackiego” odpowiednika). I sam Karl Ove ląduje w miejscu, w którym noc polarna bywa długa, a białe noce to norma. Z jego tendencjami do melancholii, do których sam się przyznaje, nie jest to najlepszy wybór, nie sądzisz? Zwłaszcza, że nikt w tej okolicy za kołnierz nie wylewa, a samemu bohaterowi alkohol zdecydowanie nie służy. To raczej nie skończy się dobrze. No ale jedzie tam. Pakuje wcześniej najpotrzebniejsze rzeczy i zaczyna rozpamiętywać. 

Jak w poprzednich książkach – nie ma tu jednej, ciągłej opowieści. Jest za to Knausgård dygresyjny, trochę rozpamiętujący. Czasem nawet irytujący (bardzo). Bo jak określiłbyś opisy podrostka, który myśli, że jest dorosły, ale wciąż zachowuje się jak nastolatek (no dobrze, jest nastolatkiem, ale jest w końcu nauczycielem!). Flirtuje z uczennicami starszych klas, liczy na pierwszy „poważny” seks (powinien mieć się w końcu czym pochwalić; a przynajmniej tak czuje), odrobinę wolności od miejsca, w którym się wychował. Trochę też ucieka. 

A ma od czego uciekać. Pod koniec szkoły średniej nie dogaduje się z ojcem-rozwodnikiem, popadającym w alkoholizm; nie dogaduje się z dziadkami (od strony ojca). W sumie to tylko relacja z matką wydaje się być w miarę normalną. Jedyną otuchę przynosi mu pisanie o muzyce. I to ona nadaje dosłowny rytm tej opowieści. Dużo tu buntu, czasem ślepego, ale buntu. Tak, to bywa irytujące. Sam Karl Ove nie odnajduje się w tym wszystkim: nagle staje się dorosły, więc powinien się zachować odpowiednio. No ale chce się wciąż bawić, być radosny i wolny. W końcu dlatego nie poszedł jeszcze na studia. Ale ta cała „dorosłość” powoli zaczyna go przerastać. 

Ta część opowieści o życiu bohatera-autora jest właśnie o takim przymierzaniu się do dorosłości. To trochę takie próby wskoczenia do basenu na główkę. Nie wszystkie się udają, niektóre bolą bardziej, niż skaczący by chciał. Czasem może Cię to – drogi Czytelniku – wkurzać. Mnie osobiście to mocno irytowało. Ale tak miało być! Do tego sam Knausgård zawiera z Tobą taki „pakt” (zwany autobiograficznym): ja powiem trochę o sobie, a Ty jakoś szczególnie nie będziesz się śmiał ani prychał z dezaprobatą, że bajdurzę. I można mu wierzyć. Lub nie. Wybór należy do Ciebie. To taki drobny smaczek całego tego Knausgårdowego pisania. Bo to ani początek (były wcześniej trzy tomy!), ani koniec (jeszcze dwa…). I nie powiem – ma ono swój urok. Nawet gdy bohater budzi się na kacu lub celebruje swoją utratę niewinności seksualnej w dosyć… osobliwy sposób (jeśli masz słaby żołądek, to nie czytaj końca tego tomu przy jedzeniu; podziękujesz mi). 

No ale warto. Tak, warto. Bo to dobra literatura. Wciąż. Taki trochę zdawkowy ten werdykt, ale nabazgrałem już sporo o poprzednich częściach i ta trzyma poziom. Więc utrzymuję to, co napisałem. Ten tom to trochę taki „późny boyhood”, trochę w stylu Christensena – chwilami gorzki, ale wciąż bardzo ciekawy. Jeśli masz kilkanaście godzin do zmarnowania (he, he…) przy dobrej literaturze – zmarnuj je na Knausgårda. Kiepski slogan, ale bardzo prawdziwy.

sobota, 29 października 2016

Piotr C - Pokolenie Ikea, Kobiety, Brud





Podróżując po Internecie na pewno trafiliście na różne blogi… tak, trafiliście też na ten (szanownych Gości witam, witam!). Niektóre są lepsze, niektóre gorsze. Znajdziecie sporo pisania o lajfstajlu, jeszcze więcej o gotowaniu, nieco tylko mniej o rodzicielstwie. Trochę o sporcie, trochę o kulturze. Są też blogi wnętrzarskie. No i są blogi ironiczne. Make Life Harder na pewno kojarzycie, podobnie jak Pokolenie Ikea. Oba mają swój urok, oba są prześmiewcze. I o ile pierwszy z pewnej „beki” zrobił swój sens (i idzie to bardzo dobrze), o tyle drugi poszedł trochę w mądrości ludowe dla lemingów. Tak przynajmniej mawiają złośliwi. No i autor tego drugiego, niejaki Piotr C (bez kropki), niekoniecznie chce być łączony z nazwiskiem, adresem i twarzą. To ma swój urok. Do tego snuje on od jakiegoś czasu opowieść o męskości, niekoniecznie „kryzysu”, ale takiej wiesz, MĘSKIEJ męskości. Trochę samczej. Ale też trochę autoironicznej i nieco wrażliwszej, niż by to się wydawało. A, i najważniejsze (żeby nie było, że piszę tu recenzję czyjegoś bloga; nie, tu o literaturze) – Piotr C popełnił trzy książki. I czego by o nich nie powiedzieć – są ciekawe. 

Tak, wiem. Teraz chcesz zamknąć okno przeglądarki, stuknąć mnie czymś ciężkim w głowę i powiedzieć „ja przepraszam bardzo, ale czy kolegi nie porąbało przypadkiem”. Trochę nie bez racji. Ale po kolei. Lubię czasem czytać rzeczy lekkie. Takie guilty pleasures, których lektura jest trochę jak wizyta w fast-foodzie po kilku godzinach jazdy autem. Zjesz, zazwyczaj jest OK., nie ma niestrawności, trochę niesmak w ustach jest, ale zawsze można go czymś wyeliminować. Rozumiesz analogię. Więc obie książki z serii Pokolenie Ikea przeczytałem w wolniejszym nieco czasie. Ostatnią literacką (nie, zostaw ten kubek i nie rzucaj w monitor!) produkcję Piotra C przewertowałem spokojnie w komunikacji miejskiej i muszę powiedzieć jedno – ta książka ma swój urok. Ma. Kropka (nawet dwie). No ale jaki?!

Pewnie nie zdziwi Cię to, że jestem facetem (ah te formy osobowe czasowników! Są takie zdradzieckie i niecne!). Nie chcę tu się silić na mądrości, że „w życiu każdego mężczyzny nadchodzi taka wiejkopomna chwila”, ale Brud (jak i całe Pokolenie Ikea) pokazuje pewną rzeczywistość, która dla niektórych jest codziennością, dla niektórych jest przeszłością, a dla niektórych – dopiero majaczy na horyzoncie. Owszem – książki ociekają pewną (sporą) dozą szowinizmu. Męskiego i (tu proszę się nie obrażać) damskiego. Bo ten też w naturze występuje. Jest dużo seksu, są spore pieniądze, jest kilka klubów, jest „japiszonowska” honda civik i nieco poważniejszy Mercedes. No i są prawnicy. w garniturach za parę tysięcy.


Atmosfera trochę jak z serialu Suits zmieszanego z uwspółcześnionym Mad Menem pokazuje realia pewnych korporacji. Bo to książki o korporacjach. I chociaż fabułę można streścić jako „przypadki bohaterów z kobietami”, to pojawia się w tych książkach sporo ciekawych niewiast. Jest Olga, koleżanka-przyjaciółka-kochanka głównego bohatera. Postać ciekawa, bo pokazująca miejsce, w jakim znalazło się wielu jej rówieśników (a zwłaszcza – rówieśniczek). Jest „sąsiadka z naprzeciwka”, archetyp korporacyjnej kobiety, która by przebić się musi być twardsza od facetów. Jest poznana przez przypadek dziewczyna, która chce stałego związku, jest miła, ale gdy ma możliwość rzucenia znienawidzonej pracy i wyjazdu zagranicę, rzuca wszystko na szalę luźnego związku z Czarnym (a, zapomniałbym – głównym bohaterem Pokolenia). Pojawia się w tych opowieściach Karina, kolejna twarda babka, która choć umie, wie i rozumie o wiele więcej niż jej koledzy, ale jest traktowana przez szefa (przysłowiowego i dosłownego) Janusza jak sekretarka. Jest Julia, przypadkowo poznana kobieta, którą Relu (bo pojawia się w Brudzie) poznaje przez przypadek i wiąże się z nią dziwną nicią ludzkiej (nie damsko-męskiej) przyjaźni. Są wreszcie zastępy kobiet, które szukają miejsca dla siebie. I niepokojąco często okazuje się, że znajdują ją w zamknięciu się w skorupie własnego, ładnego ciała. No i czują się w tym na miejscu. 

Chociaż te zastępy nie wbijają się w pamięć czytelnika, to są zastępami, które tworzą tło. Są uosobieniem marzeń ludzi, z którymi pracują, którzy je mijają i którzy nigdy nie odważą się traktować je tak, jak na to zasługują. Również te „imienne” bohaterki, chociaż ich obecność jest okraszona licznymi komentarzami dotyczącymi właściwości przestrzennych pewnych części ich ciał, są w pewien sposób niedostępne. Bo albo wiedzą, że nikt nie odważy się do nich zagadać, albo podchodzą o każdego mężczyzny z wyższością, czując, że tyko to pozwoli im na odsianie dupków od normalnych facetów. w praktyce – wszystkie są samotne. A księcia na białym koniu (lub nawet – dobrego faceta, któremu nie chodzi tylko o ich wygląd) jakoś nie widać. 

Samotni są tu też mężczyźni. w gruncie rzeczy – pojawia się chyba tylko jedna osoba, która jest szczęśliwa w związku. Pozostali albo wystrzegają się stałych relacji jak tylko mogą, albo w rzeczywistości żyją z „drugimi połówkami” jakby byli dwojgiem obcych sobie ludzi. Co z tego, że jest jakiś ślub, jakieś dzieci, całkiem spory kredyt. To ludzie wypaleni, zamknięci w pułapce powiedzenia „szczęście zaczyna się powyżej 150 tysięcy dolarów rocznie”. I chcąc osiągnąć to „szczęście” zapominają czym ono jest. Winnych tego stanu można szukać ze świecą. Jednak to są ludzie. Nie korporacje. To ludzie. Ci „inni”, bo nie „obcy”. Obcych zatrzymuje ochrona przy wejściu.

Wszyscy jednak potrzebują „twardego resetu” w piątek. Czasem dopiero w sobotę. Ale na pewno – twardego. Imprezują, piją, szukają rozrywek, które nie tylko oderwą ich na chwilę od codzienności, ale będą powodem do dumy na Facebooku czy Instagramie. Bo fotka ze skoku na spadochronie wygląda o wiele lepiej, niż kolejne zdjęcie kolekcji znaczków. Potem odchorowują te twarde resety, w niedzielę z niepokojem uświadamiają sobie, że jutro znowu czeka ich powrót do rzeczywistości. Czy tak jest naprawdę? Bo to taki trochę model amerykańskich korporacji, znany bardziej z filmów. Ale czy na pewno? 

Pozostaje pytanie, na które czytelnik (pracujący lub niepracujący w dużej korporacji) powinien sobie zadać: „po co to czytać?”. I powinien sobie na nie odpowiedzieć sam. o tym jak to widzi autor dowiedzieć się można pod koniec Kobiet (drugiej części Pokolenia). Chodzi o pewne katharsis, oczyszczenie. Zetknięcie ze złem niemal namacalnym, ale w warunkach bezpiecznych. Bo na kartach książki (lub wyświetlacza). Czarny rzuca korporację w diabły po tym, gdy staje na progu utraty człowieczeństwa na rzecz trybów firmy i jej zysków. Zachowuje swoje człowieczeństwo i w odruchu serca pokazuje, że wciąż ma jakiś kręgosłup moralny. A to rzadka sztuka. 

Nie chcę tu dorabiać ideologii, ale w tej książce kotłuje się wciąż pytanie – a gdzie podzialiśmy nasze człowieczeństwo? Nie, nie chodzi tu o Levinasa i jego humanistyczne spojrzenie na twarz człowieka. To raczej rzeczy bardziej przyziemne. Jak bardzo jesteśmy ze sobą? Czy jeszcze lub w ogóle jesteśmy? A może słowa szczęście i pieniądze stały się synonimami? To ważne pytania, które ostatnio jakby się trochę wyświechtały dzięki coachingowi i wszechobecnej ironii, ale padają tu między wersami niemal na każdej stronie. Chociaż – nurzając się w sosie (najczęściej gorzkiej) ironii. Jest tu sporo odmóżdżenia, seksu, chamstwa, jednak niech nie zmylą Cię, drogi Czytelniku (o, cieszę się, że jeszcze jesteś!) – czy to tego bloga, czy to twórczości Piotra C – te ozdobniki. Owszem, ważne, ale będące raczej zasłoną dymną niż beefem tych książek.

No i jest to, co wkurza najbardziej – moralizatorstwo (raczej to tanie), chwilami zbyt dużo powierzchowności, sporo przerysowania. Może za dużo ozdobników. Jednak jednej rzeczy nie można tym książkom odmówić – są w jakiś sposób ciekawe. Nawet dla „niekorpoludzi”. Jeśli nie dana była Ci ta przyjemność – możesz się pośmiać i gdy będziesz chciał przeskoczyć to korporacji, to zapali Ci się czerwona lampka (no chyba, że taka rzeczywistość Cię pociąga, to co innego). A może dana była Ci okazja zasmakowania owocu z drzewa tej wiedzy i albo się pośmiejesz, bo „prawie jak u mnie”, albo westchniesz „całe szczęście, to już za mną”. Wtedy po prostu będziesz mógł powspółodczuwać z bohaterami, trochę im współczuć, ale przede wszystkim – łatwiej zrozumiesz o co w tym katharsis i pisaninie (całkiem dobrej, a na pewno sprawnej) Piotra C chodzi. Na pewno to nie debiut Wojtka Engelkinga (całe szczęście, bo Piotr C jest lepszy), na pewno to nie dokonania duetu Bociąga-Twardoch (również), na pewno to żaden serial. Pokolenie IkeaBrud to dwa obrazy pewnej rzeczywistości, którą można albo lubić, albo nie. Ale na pewno dobrze się o niej czyta siedząc na kanapie w piątkowe popołudnie.

poniedziałek, 24 października 2016

Mary Ann Shaffer, Annie Barrows – Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek

Długa nazwa. Spodziewalibyście się, żeby książka o takim tytule mogła przyciągnąć Waszą uwagę? Pewnie mruknęlibyście pod nosem, że „a… spoko” i poszli dalej. I trudno byłoby się Wam dziwić, jednak popełnilibyście błąd. Spory błąd. Bo ta nieco przyciężka nazwy (i formy) książka ma do opowiedzenia historię, która pokazuje przejmujący obraz przemiany ludzi podczas nazistowskiej okupacji, a przy tym jest peanem na cześć literatury. Zainteresowani? No to jedziemy. 

Przede wszystkim – Stowarzyszenie to powieść epistolarna. Tak, to ten sam gatunek, co znane, choć nie zawsze lubiane, Cierpienia młodego Wertera. Nie ma tu klasycznej fabuły – są relacje. W centrum tego wszystkiego jest młoda pisarka, Juliet, która po II wojnie krąży po Anglii i promuje swoją książkę. Jako, że jej książka cieszy się pewną popularnością, to gdy pojawia się na prowincji natychmiast otacza ją wianuszek fanów i „śmietanka”. A jako, że Zjednoczone Królestwo słynie ze swej „śmietanki”, na wianuszek mniej lub bardziej oddanych fanów bohaterka narzekać nie może. 

Sporo się zmienia, gdy trafia na trop tytułowego Stowarzyszenia. Wyczuwa materiał na następną książkę. W końcu szukała inspiracji od jakiegoś czasu. A ten temat wyciąga ją z kraju i skłania do podróży na wyspę Guernsey – leżącą u wybrzeża Francji, jeszcze niedawno okupowaną przez Niemców. Jako, że była ona nieco oddalona od lądu, to trudno było powiedzieć o „regularnej” okupacji. Mieszkańcy przez ponad cztery lata żyli w dziwnej symbiozie z najeźdźcą. Niekiedy nawet zaczynali się z nimi przyjaźnić. Nie zmieniło to wcale faktu, że były to lata okupacji, podczas której łatwo było stracić życie za zbytnią nonszalancję. I w sumie dlatego powstało owo Stowarzyszenie. 

Historia jego powstania była potrzebą chwili. Tak, była to decyzja spontaniczna. Ludzie spotkani przez patrol wojskowy musieli szybko uzasadnić swoje wałęsanie się po godzinie policyjnej. Inaczej skończyliby w więzieniu, a potem – pod ścianą. Najprzytomniejsza z zatrzymanych rzuciła, że zagadali się podczas spotkania Stowarzyszenia Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek. Żołnierzy przekonała bardziej pewność kobiety niż sama nazwa. Co się dziwić. Tak rodzi się Stowarzyszenie, które – w sumie z przymusu – zrzesza wszystkich wymienionych przez nią. Bo gdyby ktoś się wyłamał, to… niestety, nie skończyłoby się to dobrze dla nikogo. Więc chcąc, nie chcąc, kilka osób zawiązuje taką organizację. I  zaczyna się spotykać nad książkami. Łączy ich to w niezwykły sposób i daje nadzieję w ciężkich czasach. 

Juliet na miejscu poznaje kolejne perypetie nie tylko członków, ale i innych mieszkańców wyspy. Szybko okazuje się, że wojenne animozje wciąż są tu żywe, a ludzie, którym udało się przeżyć te cztery lata, niekoniecznie chcą iść dalej.   jej listach – głównie do zaprzyjaźnionego wydawcy – pobrzmiewa zaskoczenie i fascynacja miejscem i ludźmi. Ich historiami z czasu okupacji i tym, jak patrzą na siebie teraz. A patrzą zupełnie inaczej. I to nie tylko dlatego, że spojrzeli w oczy bestii i przeżyli, ale raczej temu, że zobaczyli jak inni radzili sobie w tej sytuacji. Bo radzili sobie różnie. 

Wielu kolaborowało. Wielu udawało, że stawia opór. Większość chciała przeżyć, za wszelką cenę. Na wyspie, na której wciąż brakowało opału, jedzenia i ubrań przymilanie się do żołnierzy budziło odrazę, jednak wielu jej mieszkańców nie widziało innego wyjścia. To wszystko fascynuje bohaterkę, a zarazem przeraża. W Anglii, przesiąkniętej propagandą wojenną, straszącej szpiegami i grożącej karami za współpracę z wrogiem, taka postawa była niedopuszczalna. A na tej malutkiej wyspie opodal francuskiego wybrzeża była ona… mniejszym złem. Juliet nie ukrywa ani przez chwilę szoku. 

Choć nie brakuje w tej książce ciekawych postaci, to najwyraźniej wybija się z listowych opowieści poczucie niewyrównanych rachunków. W tak małej społeczności nie może to dziwić. Jest w niej obłuda, zakłamanie, podszyte fałszem moralizatorstwo i wielkie dramaty małych ludzi. Choć trochę to burzy bohaterkę, to jednak wykazuje się ona zrozumieniem. Młode dziewczyny zadawały się z Niemcami, bo dzielili się racjami żywnościowymi, mieli dostęp do ubrań i ogółem… byli przystojni. I zabawni. Nie mieli konkurencji, bo mężczyźni w sile wieku zostali wywiezieni do prac na kontynent. Wiele więcej nie było trzeba, zwłaszcza w smutnych czasach wojny. A młodość chce się bawić. 

Takie dylematy wybrzmiewają w tej książce. I choć poznajemy tylko opisy bohaterki i zarazem autorki listów, to stroni ona od ocen, jednak stara się to wszystko zrozumieć, podobnie jak część jej rozmówców. Poznając Stowarzyszenie poznaje całą społeczność i ich historie wojenne. Wesołe, smutne, dające do myślenia. Drąży i szuka, a to, co widzi częściej podnosi ją na duchu niż łamie. Można powiedzieć, że ta książka to takie spojrzenie „z zewnątrz” na kolaborację, którą można określić po prostu jako chęć przetrwania wojny w jednym kawałku. Kto by nie chciał. 

Tak… w międzyczasie Julet spotyka miłość i tak dalej. Ale to nie jest opowieść o tym. Mała wyspa u wybrzeża Francji pokazuje jak w soczewce małość i wielkość ludzką. Takie codzienne, bez piórek i makijażu. Ma to swój urok i wciąga. Początkowo może irytować sposób prowadzenia opowieści – listy nie są czymś, co dziś można uznać za zwykłą formę komunikacji (chociaż w 1946 taką były). Szybko okazuje się, że ten sposób snucia historii, skupiony na monologach, jednak otwarty na odpowiedź, wciąga. Nawet gdy przyjmuje formę karteczek przekazywanych przez kogoś lub zostawianych na recepcji. Stowarzyszenie to bardzo sympatyczna literacko rzecz, która podnosi na duchu, a zarazem nie pozostawia wrażenia literackiego paździerza. A to rzadkie osiągnięcie.

poniedziałek, 12 września 2016

Andrzej Klim – Jak w kabarecie. Absurdy PRL-u

Sporo osób pamięta „czasy (słusznie) minione”. Ale czy wszyscy pamiętają je tak samo? Takie – pozornie oczywiste – pytanie towarzyszyć powinno podczas lektury książki Andrzeja Klima. Bo choć niemal wszyscy pamiętają (lub – znają) ogólny obraz wydarzeń, to niewielu zna ich kulisy. A to w nich, jak w szczegółach, tkwi rogaty. 

Ciekawe jest podejście samego autora. Przyznaje się on, że opisuje tematy, które dziś stałyby się pożytkiem dla tabloidów. I nie kryje się z tym, chociaż w czasach działania Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk (przekładając na język praktyczny – cenzury) nie byłoby mowy o tym, żeby wyszły one poza obręb towarzyski. 

Zatem w Jak w kabarecie mamy przedstawione perypetie sportowców, polityków, artystów scenicznych i kandydatek do Miss Polska. Śmieszne, niekiedy smutne, jednak wciąż interesujące. Niemal każda z opisanych postaci jest przedstawiona nie tylko przez pryzmat jej poczynań, ale i sposobu, w jaki obchodziła się z innymi. Bezosobowa pozostaje w niej tylko „wszechogarniająca” władza – główna dostarczycielka zmartwień, ale i fundatorka żartów sytuacyjnych, o których nie śniło się nawet najlepszym scenarzystom i komikom. Tak, bo jest to książka napisana na wesoło. 

Ma to swój urok. Taki zbiór ciekawostek, niekoniecznie znanych szerzej, pokazuje sposoby na radzenie sobie z absurdami kraju zarządzanego centralnie. Autor podkreśla zaradność Polaków, ich kreatywność i zdolność do znajdywania nawet najmniejszych dziur w gęstej sieci ludowego ideału. Jest to opowieść wzbudzająca sympatię, dająca sporo frajdy i śmiechu. Tak jak… dobry zbiór anegdot. Z tą różnicą, że cenzura faktycznie męczyła niemal każdego artystę, a jedne z pierwszych wyborów Miss Polska wzbudziły powszechne oburzenie (no może nie pewnej części męskiej widowni) z powodu zbyt skąpych strojów kandydatek. Ale to tylko – i aż – detale. 

Ten charakter pokazuje dokładnie grupę odbiorców książki. Niewątpliwie są to osoby, które chcą odbyć podróż sentymentalną do czasów młodości (tej wcześniejszej i nieco bardziej zaawansowanej). Jest sympatycznym suplementem do gorzkiej pigułki niemal półwiecza historii Polski Ludowej. Suplementem, który wskazuje na ludzkie oblicze tych, którzy zmagali się na co dzień z absurdami systemu, a którzy albo nie chcieli się mu podporządkować, albo chcieli po prostu żyć normalnie. A osobom niepamiętającym ani kartek, ani czasów, gdy policja nosiła nieco inne miano… z pewnością pomoże uzupełnić wiedzę o ludziach, nie o systemie. Tę wiedzę wynieśli (a przynajmniej mieli wynieść) ze szkoły. 

Sympatyczna książka plotkarska o jednym z istotniejszych fragmentów historii współczesnej – tak można streścić Jak w kabarecie. Czyta się ją bardzo dobrze, język jest żywy i adekwatny do opisywanych sytuacji. Uzupełnia, dodaje barw, wymyka się ocenom. Jest zabawna, a zarazem nastraja czytelnika pozytywnie. Nie wybiela nikogo, ale pokazuje rys ludzki nawet tych twarzy, które znane są jedynie z reprodukcji w podręcznikach do historii. A to chyba dobrze, nieprawdaż?