niedziela, 12 lutego 2017

Gregory David Roberts – Shantaram



Lubię długie książki. Zwłaszcza takie, w których opowieść nieśpiesznie się snuje i jest ciekawa. To taka dziwna przyjemność czytelnika, który lubi sobie po prostu poczytać. Fajnie jest, gdy taka historia porywa, czyli stwierdzasz, że jutro w pracy wypijesz jedną kawę więcej, ale dokończysz następny rozdział ;). Miałem tak z Shantaramem. Chociaż ten tytuł cały czas wylatywał mi z głowy, to jednak wiedziałem, której książki szukać w czytniku. I w sumie przez nią przegapiłem wysiadkę z tramwaju więcej niż raz.

Może słyszałeś, że Indie to magiczny kraj. Pełen tajemniczości, a zarazem radości. W takie miejsce trafia australijski zbieg – człowiek, który nawiał z więzienia, bo czuł zew wolności, pchający go do przodu. Sprawnie przemknął przez odprawę i znalazł się razem z nowopoznanymi turystami w hotelu. Dzięki zbiegowi okoliczności przy zakupie narkotyków (narkoturystyka była kiedyś bardzo popularna w Indiach, a haszysz był dostępny nieoficjalnie w każdym hotelu) i odrobinie intuicji zaprzyjaźnia się z lokalsem i… zaczyna się jego przygoda. Bohater szybko przestaje być turystą, łapie język i daje się wciągnąć w wir przygody. 

Dzieje się w tej książce sporo. Nie ma w niej prawie w ogóle „oficjalnych tras turystycznych”, jest za to sporo rozbijania się po miejscach, w które turysta nie odważyłby się zapuścić. Slumsy, szemrane knajpy, wytwórnie lewych dokumentów… dużo tego. Australijczyk przechodzi przez to trochę jakby to była dziwna, hinduistyczna wersja Boskiej komedii, w której kręgi piekła przeplatają się ze sferami niebieskimi i tarasami czyśćca. Ale jedno pozostaje niezmienne: serce. Bo to taka „książka serca”. 

Według bohaterów Robertsa Indie do kraj serca. Bez niego nikt nigdy nie przestanie być turystą. Z sercem – w ułamek sekundy można stać się kochanym i bliskim dla wielu, nawet największych zakapiorów. To kusząca wizja, która wciąż przyciąga (i to nie tylko szefów korporacji, które mają w Indiach „help deski”, pewnie wiesz dokładnie, o co chodzi), dzięki czemu tamtejsze porty lotnicze nie narzekają na brak ruchu. Ale to nie książka o turystyce. To opowieść o pokoju i miłości, chociaż porywczość Hindusów czasem temu przeczy.

A ten pokój to dosyć trudna sprawa. Indie lat 80., o których opowiada ta książka, to kraj paskudnie rozwarstwiony. Nacjonalizacja, pierwsze zdecydowane ruchy w kierunku westernizacji i wyjścia z impasu kraju postkolonialnego to tylko wierzchołek góry lodowej. Pod powierzchnią czai się ogromne rozwarstwienie społeczne, niekończące się morza dzikich slumsów, kwitnąca przestępczość oraz konflikty na tle wyznaniowym i narodowościowym. W praktyce jedynym wyraźnym punktem „historycznym” tej książki pozostaje morderstwo Indiry Gandhi w 1984 roku. W kilka chwil po ogłoszeniu w mediach jej śmierci z rąk dwóch sikhijskich ochroniarzy zaczynają się w całym kraju rozruchy i akty samosądu na wyznawcach sikhizmu. W praktyce pozostałe „punkty historyczne” są trudne do dokładnego odtworzenia, co pokazuje wagę postaci Gandhi dla samej opowieści. Bez niej, w dużej mierze, nie byłoby Indii, do których trafił główny bohater. Jeśli nie to sprawia, że tę opowieść mogłem przeczytać, to serio, nie wiem, co miałoby sprawić, że ona zaistniała.

Chociaż przechadzanie się po ulicach Bombaju to w tej książce dosłownie temat rzeka, to najciekawsze są dla mnie rozdziały o wyprawie bohatera do… Afganistanu. Tak, do Afganistanu. Pokazują coś, o czym często się zapomina: Pakistan wcale nie był dla Indii „buforem” przed wojną w Afganistanie, a to, co tam się działo, miało sporo wspólnego z tym, co działo się w Indiach, zwłaszcza w „szemranej strefie”. Interesy wielu szefów mafii sięgały właśnie do tego kraju, a wojna… była okazją do zarobku. Niemałego. A o tym, że cała „wojna z terroryzmem”, którą znamy od ataków na WTC i Pentagon, ma swoje korzenie właśnie w wojnie afgańsko-radzieckiej mało kto pamięta. Te korzenie w skali mikro zobaczysz w Shantaramie i to jest – moim skromnym zdaniem – najlepszy wtręt fabularny. Zdecydowanie lepszy niż cała ta historia miłosna z Karlą (bo i taką historię tu znajdziesz, ale jest ona – moim skromnym, czytelniczym i nieco złośliwym zdaniem – drętwa).

Całość tej opowieści można opisać krótko: jest ona brawurowa. Strasznie lubię to słowo, a do tego oddaje dokładnie moje wrażenia po lekturze Shantaramu. To historia, która nie sili się na „całościowe opisanie” jakiegoś kraju, ale raczej pokazuje miejsca i historie, które nie są znane, a tworzą to, co przeciętny turysta zobaczy w Indiach. W gruncie rzeczy… to taki przewodnik nieturystyczny. Bo kto chciałby mieszkać w slumsach, leczyć w nich ludzi, podrabiać dokumenty, zyskiwać na lewej wymianie walut i siedzieć w indyjskim więzieniu? No? Nie brzmi to jak idealny plan na urlop ;). Nie zmienia to faktu, że najważniejsze w tym wszystkim jest wspomniane „serce”. Bez niego główny bohater nie poznałby tak wielu ciekawych postaci (a każda to perełka!), a cała akcja skończyłaby się na którejś z pierwszych stron. Więc jeśli masz wolnych kilkanaście (kilkadziesiąt) godzin i szukasz dobrej książki, to chyba wiesz, co przydybać ;).

I jeszcze trzy uwagi:
- chciałem napisać tę recenzję po przeczytaniu drugiej części (tak, jest już druga część, nazywa się Cień góry i też jest długa), ale… czas, czas, czas;
- napisanie dokładnej recenzji tak bogatej książki to sprawa na elaborat, a nie o to tu chodzi. No;
- nawet jeśli Shantaram to „fabularyzowany dziennik”, to przede wszystkim to proza i jako prozę go czytałem; to nie Knausgard, to po prostu porywająca opowieść. 

Fotografia Indiry Gandhi: Wikimedia Commons

niedziela, 29 stycznia 2017

George Saunders – 10 grudnia



Czego rocznicę „świętujemy” 10 grudnia? ONZ uchwaliło tego dnia powszechną deklarację praw człowieka (1948) i uchwałę o zakazie stosowania tortur (1984 – tak Orwellowsko, co nie?),trzech Polaków odebrało nagrody Nobla (Szymborska, Miłosz i w imieniu Wałęsy żona). W sumie to trochę „dzień, jak co dzień”. Chociaż jeśli sprawdzisz, co wydarzyło się „dziś”, to… zdziwisz się. Właśnie z takim zdziwieniem napełnione są strony naprawdę dobrych opowiadań George’a Saundersa. W końcu tyle prestiżowych nagród 10 grudnia nie dostało za nic ;). 

Musisz wiedzieć jedno – to amerykańskie historie i najlepiej siedzą w kontekście kraju za Wielką Wodą. Ale nawet jeśli nie jesteś amerykanistą, to szybko zorientujesz się, że te opowiadania mocno dotykają codzienności Amerykanów. Saunders nie bawi się w półśrodki i pokazuje ludzi w ciekawych miejscach ich życia, a do tego używa sobie na… jakby to najlepiej nazwać… przekonaniach i stereotypach. Tak, to dobre zestawienie. Pokazuje jak się dziwią światu, wkurzają się na niego, chcą go zmienić. Zazwyczaj chcą coś zrobić z własnym życie. Nie zawsze to wychodzi, ale sposób, w jaki opisuje to Saunders jest brawurowy i wciąga. 

Każda z tych historii jest zanurzona w konkretnym „śnie”, który wciąż śni wielu. Powrót z wojny i radzenie sobie z inną rzeczywistością autor konfrontuje z ogromnym szacunkiem społeczności do weteranów i poczuciem fałszu (o co właściwie tam walczymy?). Dzienniki ojca do „jego przyszłych czytelników” są próbą uzasadnienia czyjejś (jego dzieci i jego) przyszłości; chce stworzyć coś, co będzie dokumentem, chociaż dokumentować nie ma co… Świetne opowiadanie o ludziach zamkniętych w ośrodku, w którym eksperymentuje się nad ich zachowaniami dzięki uderza w marzenia o idealnym ładzie, niezmiennie żywe, chociaż jakby mocniej związane z rozwojem technologii. Miotanie się młokosa też pokazuje coś, co nie każdy Amerykanin chciałby widzieć – przemoc, strach, odrzucenie. A to tylko kilka opowiadań z tego zbioru! 

Pełno tu małych i dopracowanych obrazków, które przypominają chwilami lustro, w którym możesz się przejrzeć. Nawet jeśli w paszporcie nie masz trzech „magicznych liter”. Dosadność tego, co przeczytasz u Saundersa może Cię przytłoczyć, ale ma fajny potencjał. Zwłaszcza, jeśli lubisz czasem się zastanowić lub porozważać, o co właściwie chodzi w książkach. A, jeśli spodobała Ci się ostatnia książka E.L. Doctorowa, to ta też Ci podejdzie.

W praktyce 10 grudnia to książka dosyć trudna. Nie zmienia to faktu, że jeśli chcesz się prześlizgnąć przez nią, bez wdawania się w konteksty, to znajdziesz w niej masę dobrej literatury. Może Ci czasem przeszkadzać forma (jak zauważa jeden z bohaterów – rzeczą męską jest jej podkręcanie), ale jeśli przymkniesz na nią oko i wejdziesz w te historie, to przekonasz się, że to naprawdę dobra proza. A może masz ochotę na błyskotliwe zabawy z formą i kontekstami? O… no to chyba już wiesz, jaka będzie kolejna książka, którą przeczytasz.

wtorek, 24 stycznia 2017

Konrad Szołajewski - Wisłocka, czyli jak to ze „Sztuką kochania” było



Lubię książki biograficzne. Mam do nich jakąś słabość. Zwłaszcza, gdy ktoś miał naprawdę ciekawe życie. A jak jeszcze ktoś to ładnie obłoży opowieścią, to już zupełnie nie mogę się oderwać. Tak po prostu, jako czytelnik. Tak mam. Jednak mam kłopot z przedobrzonymi biografiami. Może są zbyt uładzone (jak w Zielonym Konstantym Kiry Gałczyńskiej), może po prostu tak podkręcone, że widać gołym okiem, gdzie są „doklejki”. Chwilami miałem tak z książką Konrada Szołajskiego Wisłocka, czyli jak to ze „Sztuką kochania” było. Jasne, autor się tłumaczy, że takie prawo prozy i opowieści, ale… właśnie. To trochę zbyt mocno widać. Co nie zmienia faktu, że jeśli przymkniesz na to oko, to dostaniesz to zgrabnie napisaną historię z delikatnie nagiętymi faktami i naprawdę nieodpartym urokiem. 

Michalina Wisłocka znowu wraca na usta wielu. Niekoniecznie za sprawą tej książki, ale raczej dzięki dobrze ocenianemu filmowi biograficznemu o „naczelnej gorszycielce PRL-u”. Budzi to różne (zabawne) demony, ale o tym za chwilę. Ta ginekolożka i seksuolożka w latach 70. jako pierwsza otwarcie pisała o seksie w Polsce. Niby nic nadzwyczajnego, bo o kilka długości wyprzedził ją chociażby Alfred Kinsey (ten od raportu pokazującego amerykańską seksualność). Ale nie w kraju, jakim była wtedy PRL. W nim wszystko miało być grzecznie, cicho i bez wygłupów. Innymi słowy – prokreacja pełną gęba. Do tego mało kto umiał mówić o seksie inaczej niż naukowo lub wulgarnie. I pojawiła się taka zacietrzewiona ginekolożka, która nie owijała w bawełnę, a do tego miała poczucie misji. Nie każdemu to się podobało.

Z takiego (całkiem słusznego i… płodnego) założenia wyszedł Szołajski. Opisał historię Wisłockiej od złożenia pierwszej wersji Sztuki kochania w Iskrach (w latach 70. to wydawnictwo było gigantem na rynku wydawniczym) do ukazania się ostatecznej, ocenzurowanej, choć zaakceptowanej milcząco przez władze wersji. Ta historia wydawnicza sama w sobie jest ciekawa, jednak autor postanowił ją podkręcić. Dodał ówczesne MSW i walkę o „interes publiczny” niektórych członków KC. Dużo nie było trzeba, a sama książka nabrała nie lada pikanterii. Chociaż… czuć, że gdzieniegdzie to nie pikantne chili, ale czerwona posypka z paczki. 

Wisłocką widać tu na wskroś. Przynajmniej Wisłocką-bohaterkę. Miesiące poświęcone na walkę z cenzurą pokazują jej całą dotychczasową biografię. I jest ona ciekawa. Z zacietrzewionej „pensjonarki”, która swoje pierwsze kontakty seksualne wspomina traumatycznie (jak wiele kobiet – nie oszukujmy się; i tak, jestem facetem i tak, czytałem Sztukę kochania), staje się najpierw upartą studentką, a po latach – dzięki odkryciu swojej seksualności po spotkaniu pewnego prostego mężczyzny na wczasach – świadomą bojowniczką o równouprawnienie kobiet. Realne równouprawnienie, nie tylko na traktorach, ale też w łóżku. Oczywiście – przysłowiowym i dosłownym. No i ma oponentów. Szołajski tworzy na te potrzeby porucznika MSW. Pierwszą wersję Sztuki kochania niektórzy członkowie partii uznają za gorszącą, więc postacią, która w książce rzucać kłody pod nogi staje się nasz porucznik. To właśnie ta posypka z paczki. 

Od początku czuć, że coś nie gra. No ale w końcu jakoś trzeba opowiedzieć o Wisłockiej tak, żeby historia się zazębiała. W tej roli młody oficer z prowincji sprawdza się świetnie. Ale tylko w tej. Chce być polskim Sherlockiem Holmsem, pali wymyślną fajkę i amerykański tytoń. Generalnie już to mogłoby mu poważnie utrudnić awans oficerski. Chwilami jego śledztwo aż za bardzo przypomina łopatologiczną ekspozycję. Nie wiem jak Ty, ale łopatologia w książkach nie budzi mojej sympatii. Łopata sprawdza się lepiej w innych zastosowaniach. I filmach Marvela ;). A na koniec porucznik staje się takim „nawróconym esbekiem”, jak ten z filmu Karol – człowiek, który został papieżem, i przestaje bruździć Wisłockiej. E… co? 

Będę kończył się czepiać, chociaż chwilami jest trochę zbyt absurdalnie (zwłaszcza pod koniec… jeśli przeczytasz, to zrozumiesz, o co chodzi). Lubię wesołe wstawki, ale wkurza mnie, gdy na przykład dwulicowość postaci pokazywana jest w książkach dosłownie. Zwłaszcza, gdy pozostałe rysy postaci są jakby głębsze i ciekawsze (być może dlatego, że prawdziwe). Nie zmienia to jednego – to naprawdę fajna książka. Zwłaszcza, że pokazuje istotną rzecz: PRL nie był wcale taki świętoszkowaty i konserwatywny, jak wielu chciało go widzieć (i/lub widzi do dziś). I nie chodzi tu wcale o osobliwe kółko graniaste, na bokach którego przestępowali z nogi na nogę konserwatywni księża, konserwatywni i postępowi oficjele państwowi, zwykli obywatele, dewocyjne matrony i ciekawi seksu nastolatkowie.
Pojawienie się Wisłockiej dziś obudziło pewne zabawne demony. Dlaczego zabawne? Bo pytają „po co nam ta patriarchalna, konserwatywna, niepostępowa Wisłocka i jej poglądy skoro mamy Lacana, Foucaulta czy Butler”? Nie zadają sobie pytania o to, co przeciętny Kowalski (drodzy Kowalscy – pozdrawiam serdecznie!) wie o seksie. Głupie, nie? Dobra, nie głupie. Śmieszne. Rozumiem, o co im chodzi, bo też czytałem tych autorów na studiach (żeby nie było, skończyłem polonistykę, chociaż czasem nie widać), ale… ile osób rozumie, na czym polega orgazm? Związki między głową a seksem? Emocje i ich wpływ na seksualność? No? 

O tym pisze ta „konserwatywna i patriarchalna” Wisłocka. I chociaż sprzedano ponad siedem milionów Sztuki kochania, to jakoś nie widać efektów misji, jaką realizowała Wisłocka (w praktyce do końca życia, a którą przejęli po niej jej uczniowie, jak chociażby profesor Izdebski). Rozumiem, chcemy budować wieżowce świadomości seksualnej (to brzmi trochę dwuznacznie, ale łapiesz, co mam na myśli), ale do stu tysięcy beczek papryczek chili – zacznijmy od podstaw. Licealiści dalej się chichrają na przygotowaniu do życia w rodzinie i biologii, chłopcy nie wiedzą czym jest stulejka lub jak dbać o swoje penisy, a dla wielu dziewczyn pierwszy stosunek seksualny jak był, tak pozostaje rzeźnią (nie mówiąc o tym, że zaleca się czas na rekonwalescencję i zagojenie resztek błony dziewiczej, co oznacza kilkudniowy brak seksu, a co raczej nie należy do tematów rozmów z rodzicami). Ja o tym wiem, może Ty o wym wiesz (mam nadzieję). Ale zadaj sobie pytanie – ile osób o tym nie wie? Właśnie. Teraz rozumiesz, czemu te demony są zabawne? 

Wisłocka WCIĄŻ JEST (niestety) AKTUALNA, a Sztuka kochania pozostaje ważką i ważną pozycją. Nie to, żebym ją widział w kanonie lektur szkolnych, ale na pewno lepiej byłoby wszystkim, gdyby na przygotowaniu do życia w rodzinie (nazwa wywołuje na moich plecach złowróżbny dreszcz – kto ją w ogóle wymyślił!?) pojawiała się twórczość Wisłockiej, a nie czerstwe schematy i pensjonarskie wynurzenia. Jeśli obrażam jakiegoś nauczyciela starającego się zrobić coś fajnego na tym gruncie – przepraszam. Ale zarazem wierzę, że się nie obrażasz, bo rozumiesz, o co mi chodzi. I wiesz, że przybijam Ci internetową piątkę i trzymam kciuki, żeby żaden dyrektor ani rodzic się nie przyczepił. Bo robisz dobrą robotę.

Aaale – jeśli się zastanawiasz, drogi Czytelniku, czy warto przeczytać książkę Wisłocka, czyli jak to ze „Sztuką kochania” było, to powiem tylko, że to całkiem zgrabnie napisana historia. Nie chce być biografią, chce być historią. I jako taka jest naprawdę przyjemna. Wchłonąłem za jednym zamachem i to nie dlatego, że utrzymana jest w konwencji kryminalnej, ale po prostu – dobrze się ją czyta. Nie zmienia to faktu, że polecam zawsze Wisłocką jako lekturę poszerzającą horyzonty. Zwłaszcza Sztukę kochania ;). 

Grafiki: 
zdjęcie Michaliny Wisłockiej - Mateusz Opasiński (Wikipedia)
okładka pierwszego wydania Sztuki kochania - Iskry