niedziela, 27 maja 2012

Sławomir Mrożek - Trzy dłuższe historie


Po kilkudziesięciu krótszych, nadszedł czas na trzy dłuższe historie. Krótki podręcznik obsługi mułów, swoisty romans i wariacja na temat formy epistolarnej – to mieści się na nieco ponad dwustu stronach. Z humorem, animuszem i przebojem. Bo jakże inaczej pisać Mrożek może?
W Książeczce mułów mamy historię specjalisty od, jak to eufemistycznie opisuje narrator, mułów. W tym wypadku – pomijając kwestie dobrego smaku – opisani są, ni mniej, ni więcej – skończeni idioci bez kultury, dla których to bohater tegoż opowiadania tworzy oddzielną dziedzinę nauki, nazwanej przezeń mułologią. Już samo podejście do tematu sprawia, że uśmiech pojawia się na ustach, a co dopiero przypadki opisane w owej opowieści. Ma ona również drugie dno, ale już w samej warstwie narracji widać kunszt i wprawę w kleceniu słów, jakiej autorowi Rocket Baby odmówić nie można.
Z kolei opowiadanie Moje kochane beznóżki okazuje się być znakomitą wariacją na temat formy listu. Jest to jeden, pisany przez tydzień list ojca do syna (pięknie dialogujący z Wariacjami pocztowymi Brandysa), w którym tłumaczy on decyzję związania się z jego matką, oraz dziwną ideologię, jaką stosował przez całe swoje życie. Ta rozwlekłość tworzy przepełnioną goryczą i czarnym humorem opowieść o różnym rozumieniu ojcostwa i bycia w rodzinie.
Z kolei ostatnią z trzech historii jest utwór stworzony na kształt romansu. Z martyrologią, Italią i piękną Włoszką w rolach głównych. Bohater, tworząc z siebie konglomerat cech narodowych Słowian, zostaje wzięty za Rosjanina, a jego buta i duma (jak sam określa – mocno polska) sprawiają, że staje się sensacją prasową, ale i zdobywcą serc niewieścich. Okraszone mrożkowskim, absurdalnym humorem, opowiadanie to staje się interesującym obrazem Polaka za granicą (o czym Mrożek, od kilkudziesięciu lat mieszkający poza granicami Polski przekonać mógł się niejednokrotnie).
Druga warstwa tekstów jest dosyć łatwo dostrzegalna. Mrożek kojarzy się dosyć łatwo z Lemem, gdyż obaj pisząc w konwencji odwoływali się do zawartych w swoich tekstach informacji zapisanych nie wprost. W każdej z tych opowieści informacje te są wyraźnie zaakcentowane – wystarczy tylko trochę się przyjrzeć. Ale to już domena każdego z czytelników.
Opowiadania te mogą nie przypaść do gustu osobom nie lubiącym absurdu – akurat tu Mrożek przegrywa z preferencjami. Jednak na każdym innym polu – czy to narracyjnym, czy światotwórczym – odnosi on miażdżące zwycięstwo nad wrogimi siłami literackiego przeciętniactwa. 

poniedziałek, 21 maja 2012

Anna Bolecka – Cadyk i dziewczyna


Formuła okupowanej Warszawy jest w praktyce wyczerpana. Napisano już wiele książek – zarówno beletrystycznych, jak i naukowych, o tym jak wyglądało to życie. Jednak sięga po nią autorka Cadyka i dziewczyny by zrobić z niej względnie oryginalną opowieść o obowiązku, więzach krwi i nie do końca jasnym podejściu do życia.
Poznajemy młodą Żydówkę – Polę Rubin, którą ze swoją wiarą łączą jedynie więzy krwi. Podobnie jak znaczna część polskich semitów czuje się bardziej związana z krajem, w którym żyje. Jednak w dniu rozpoczęcia drugiej wojny światowej przestaje znaczyć cokolwiek. Dla wkraczających do Polski oddziałów niemieckich asymilacja to puste słowo. Z jej perspektywy oglądamy okupowaną Warszawę, poznajemy jej losy i decyzje, niejednokrotnie trudne, niemal zawsze obciążone ryzykiem demaskowania i śmierci.
Drugim, wyraźnie mniej istotnym wątkiem, jest opowieść o córce warszawskiego cadyka. Jej rodzina została ewakuowana w pierwszych dniach wojny, a ona, przebywając w sanatorium otwockim, nie mogła podzielić losu swojej rodziny. Nie da się jednak pozbyć wrażenia, że ten element opowieści, jak i wątki z nim związane, są odrobinę na doczepkę.
Opowieść zahacza o warszawskie zoo w którym ukrywano Żydów, o ucieczki przed mogącymi zadenuncjować Polakami, kwestie czystości krwi i sposoby ukrycia tego, co mogło zdradzić ukrywającego się pod dobrym wyglądem człowieka. Jest to jednak wciąż tło dla rozważań i działań Poli.
Mimo tej otoczki, Cadyk i dziewczyna okazuje się być obyczajową książką połączoną z delikatnym romansem. Postać panny Rubin jest o tyle znacząca, że wiąże niemal wszystkie wątki w całość – zarówno zoo, jak i getto stają się ważne w jej życiorysie. Również otwockie sanatorium, za sprawą jej kochanka (tamtejszego lekarza) staje się czytelnikowi, za jej sprawą, bliskie. Wielokrotnie autorka dopuszcza się eufemizacji świata przedstawionego – opisy warszawskiego getta z roku 1942 są przeestetyzowane, odrealnione. Również sama postać Poli nie jest do końca autentyczna – jej przemyślenia, momentami dziecinne, nie wiążą się ze zdroworozsądkowymi zachowaniami. Również postać niemieckiego majora, który podejmuje się wywiezienia z Polski cadyka z rodziną nie jest przekonująca.
Książce brakuje konsekwencji – pojawiają się liczne luki, niedopowiedzenia, niejasności. Ciekawa postać córki cadyka jest tu sprowadzona wyłącznie do roli osoby, która jest poszukiwana, a jej losy – opisane nad wyraz skrótowo. W czasie lektury można odnieść wrażenie, że w pewnym momencie książka traci swój impet – opisy stają się coraz bardziej zdawkowe, pomysł na opowieść jakby się wypalał. Niestety – akurat to rzuca się w oczy. W książce również pojawiają się błędy merytoryczne – słowa nowotestamentalnego Przykazania Miłości w ustach cadyka znaleźć się nie powinny.
Mimo tych wad książka jest napisana sprawnie – język, mimo że nieskomplikowany, nie sprawia wrażenia naiwnego. Jako lektura do pociągu, na urlop – Cadyk i dziewczynka, moim zdaniem, sprawdzi się świetnie właśnie dzięki tym dwóm cechom. 

Łukasz Orbitowski - Widma



Co by było, gdyby na placu Teatralnym Kamil Baczyński nie wychylił w pewnym momencie głowy? Pewnie by przeżył jeden dzień. Albo i więcej. Może i wojnę. Jednak Orbitowski poszedł krok dalej i w stworzonym przez siebie alternatywnym świecie zabronił broni strzelać. Pierwszego sierpnia 1944 roku. Decyzja, brzemienna w skutkach, stworzyła szansę na zupełnie nową opowieść – o miłości, nienawiści i zamachu.
31 lipca dziewczynka spotyka nad brzegiem rzeki w warszawskich okolicach mężczyznę, który daje jej traszkę i spieszy się na spotkanie do Stolicy, którą opuszczają mieszkańcy. Zbliżają się wojska sowieckie, a wizja mieszkania w środku pola walki nie zapowiada się szczególnie ciekawie. Owy podróżnik wspak musi przekazać Basi Baczyńskiej pewną paczuszkę, której ona nie ma prawa otworzyć kiedykolwiek. Za dotrzymanie tego zobowiązania będzie otrzymywała sowitą nagrodę w złocie. Pani, od niedawna, Baczyńska przyjmuje tę, na pozór, niezobowiązującą ofertę od nieznajomego, który wydawał się jej jakby znajomy. Jednak nie wszystkie oferty okazują się być dobre… Ale o tym w dalszej części książki.
Nagle okazuje się, że Godzina W przeradza się ze strzelaniny w walkę na pięści, kolby, pałki i kamienie. W niektórych miejscach Warszawy Niemcy, nie mając już przewagi oręża, zostają wyparci, a Armia Czerwona wcześniej doń wkracza. I w ten sposób rodzi się mit Cudu Dnia Pierwszego...
Poznajemy Krzysztofa Baczyńskiego po kilku latach. Jako ojciec siedmioletniego syna i mąż Barbary zarabia na utrzymanie swoim pisaniem. Poznajemy go jako dziennikarza, który próbuje wczuć się w realia pracy na budowie. Jednak jego filigranowość i chorowitość nie ułatwiają tego zadania. Każde zaciągnięcie się papierosem powoduje spazmy kaszlu astmatyka, niewielka ilość, pochłanianej w przez towarzyszy pracy ogromnych ilościach wódki, działa na dziennikarza piorunująco. Krzyś, bo tak autor nazywa swojego bohatera w powieści, jest jednak nieszczęśliwy – przestaje czuć afekt do swojej wojennej żony, szuka metod zapełnienia tego braku.
A taka okazja pojawia się niespodzianie – Baczyński zadurza się w dziewczynie, którą poznaje w siedzibie Związku Literatów Polskich (skądinąd – na początku opisanego w ciekawy sposób szlaku upodlenia o którym wspomina między innymi Konwicki w Kalendarzu i klepsydrze). Dziewczynie, która okazuje się być pływaczką. I, co ważne, nie pozostaje obojętna na zaloty młodego, jeszcze, poety…
Pierwsze skojarzenie, jakie nasuwa się przy lekturze Widm Orbitowskiego, prowadzi ku Jackowi Dukajowi. Jak swój kolega, tworzy alternatywną wersję świata, opisuje konsekwencje takiego stanu, ale i wpisuje w tę opowieść swoją koncepcję. Niedawno wydana książka autora Tracę ciepło okazuje się być w swojej warstwie fabularnej opowieścią o śmierci miłości, swoistym kompleksie Edypa, traceniu swojej tożsamości i szaleństwie w obliczu nieznanego. Przy konstruowaniu świata przedstawionego Orbitowski nie obawia się iść daleko – niemal cała opowieść stawia na głowie znany czytelnikom świat – Pałac Kultury powoli zaczyna się chwiać, ludzie znikać, kamienice się rozpadać.
Tworząc swoje postacie autor nie bał się sięgnąć po biografie pisarzy powojennych – wyraźne są tu ślady życiorysów Konwickiego i Różewicza. Ten pierwszy miał styczność z życiem na budowie (brał udział w budowie Nowej Huty; pojawia się też jako autor książki, z której stron Krzyś robi sobie improwizowany kieliszek na wódkę); drugi – pisał reportaże z Węgier o wspaniałym wysiłku ludu pracującego miast i wsi. Widać w opowieści tej świadomość sytuacji przeciętnego polskiego literata z przeszłością – wprawdzie pojawiają się jedynie echa konsekwencji tworzenia w czasie wojny, jednak sama ich obecność jest uzupełnieniem luki, jaka wytworzyła się w wyniku pozbycia się powstania warszawskiego.
Sam świat stworzony przez autora jest przedstawiony konsekwentnie – w lekturze nie wychodzi brak logiki w tworzeniu wywodu, czytając opisy wędrówek bohaterów po mieście Stołecznym łatwo skojarzyć, jak wyglądają teraz opisywane zaułki. W powieści Orbitowskiego – nie zawsze przyjemne.
Magiczność pojawiająca się na początku opowieści w dalszej jej części niemal zupełnie zanika. Zabieg ten daje się wytłumaczyć w prosty sposób – heroiczność czasów wojny zabija proza życia codziennego. A ona z kolei prowadzi do uśmiercenia tego, co niezwykłe w życiu. W wypadku pary, która dostała szansę przeżycia powstania – może to nie dziwić. Jednak w dalszej części książki następuje skomasowany atak realizmu magicznego i fantastyki. Ale o tym nie piszę – to naprawdę zmienia podejście do książki.
Mimo swojej pokaźnej objętości (niemal 600 stron) Widma Łukasza Orbitowskiego okazują się być świetną lekturą. Wciągają, nie nudzą, pozostają konsekwentne. Pozostaje mi tylko polecić. 

środa, 16 maja 2012

Wywiad z Łukaszem Orbitowskim


Wywiad z Łukaszem Orbitowskim, autorem niedawno wydanej książki Widma. Zacnej i ciekawej. 
Rozmowa o niej, o Baczyńskim, o Konwickim i Dukaju. 
Rozmawiał - Bartosz Raducha (Radio Aktywne)

poniedziałek, 14 maja 2012

Umberto Eco - Wyznania młodego pisarza


Eco, jako młody pisarz, przyznaje się do wielu niecnot. Jednak nie jest on młody – ta świeżość jego podmiotowości jest budowana w oparciu o jego niedługi, nieco ponad dwudziestoletni staż pisarski. W swojej książce przedstawia opis z pogranicza teorii literatury i samej literatury. Jest on na wskroś ciekawy, bo odkrywa się w nim autora, ale i fortele, jakie stosuje w czasie tworzenia.
Książkę rozpoczyna ciekawy opis powstawania Imienia róży. Eco przedstawia tę książkę jako wielki szok dla niego samego. Do czasu jej napisania uważał się za niezdolnego do spłodzenia książki fabularnej. Kiedy poproszony kilka lat wcześniej o napisanie krótkiego opowiadania kryminalnego odpowiedział że uważa to za niemożliwe, dostrzegł zarazem swoją niemożność do tworzenia tekstów krótkich. W ramach odpowiedzi zaznaczył, że książka, którą by stworzył byłaby przede wszystkim niemożebnie długa, naznaczona piętnem średniowiecza, ale i przepełniona niecnościami pisarza zaznajomionego w metodologii i filozofii wieków uważanych za ciemne. I, jako żywo, taką okazała się jego debiutancka książka – Imię róży.
Stosując autoanalizę literacką dostrzega on mocne zbliżenie się swojego pisarstwa do tworzenia scenariuszy; układ scen, dialogi, ich precyzja sprawiają, że praca późniejszych copyrighterów okazała się niemal bezproblemową.
Jak autor sam stwierdza – tworząc swoje teksty chciał im nadać możliwie najwyższy stopień autentyczności i zgodności z realiami – jako specjalista od semiologii i mediewistyki tworzył dialogi i kolejne sceny książek w oparciu o spacery po opisywanych miastach, ale i dokładne notatki, z uwzględnieniem każdego centymetra długości korytarza, który przy swoim rozdzieleniu ucina rozmowę dwóch postaci. Ucina dokładnie w momencie, w którym przeciętny człowiek doszedłby do twego rozwidlenia.
Z czasem Eco przedstawia się jako bibliofil, miłośnik książek, który fetyszyzuje zwłaszcza starodruki. Wspomina o zagrożeniach starodawnymi roztoczami, ale któż się tym przejmuje mając w ręku białego kruka, który nie został wybielony, ale naturalnie posiwiał? Takie zamiłowanie do formy i pedantyczna narracja dominuje w pewnym momencie książkę. Wpisuje się to w ostatni rozdział niedawno wydanego Cmentarza w Pradze. Owe zakończenie książki zawiera niemal łopatologiczny przewodnik po książce, z uwzględnieniem większości smaczków, jakie umieścił w poprzednich częściach opowieści o niecnotach masońsko-syjonistycznych semiotyk-bibliofil. Jest to krok dyskusyjny, który może ułatwić mniej uważnym czytelnikom odbiór tekstu, a bardziej sprawnym i uważnym – odebrać radość z ewentualnej, powtórnej lektury. Widać tu dziwny dystans do odbiorców, jaki zaczyna tworzyć autor Wahadła Foucaulta – przestaje on cenić umiejętności i skupienie czytelników, a zaczyna ich wodzić za nos jak mało rozgarniętych studentów. Potwierdzać to zdaje się zasygnalizowana przez autora wola wydania poprawionej wersji debiutu, który zawierałby przewodnik i liczne wyjaśnienia w przypisach. Wyjaśnienia, których nie miała pierwsza część książki, a których brak dodał Imieniu róży niepowtarzalnego charakteru, ale i przyciągał nawet po zakończeniu lektury i wejściu w posiadanie wiedzy, skąd się brały u trupów czarne języki i opuszki prawych dłoni.
W pewnym momencie książka zaczyna przechodzić z formy konfesyjnej (!) do postmodernistycznej sylwy (książki, która zawiera w sobie wiele gatunków, a której forma upowszechniła się w latach 70.; nazwa od łacińskiego silva rerum – las rzeczy). Pojawiają się liczne, na wskroś bibliofilskie wypisy z ksiąg, które wpłynęły na niemłodego już teoretyka, a młodego pisarza. Fragmenty dzienników, listów, notatek, próby narratywizacji opisów – wszystkie te elementy przewijają się szalenie dynamicznie w całej książce. Niemniej – odsłonięcie swojego warsztatu może dawać poczucie bycia oszukanym. Autor, który przed dwadzieścia z górą lat strzegł swego biurka i szuflady oraz pozwalał na barthesowskie niemal życie samego tekstu w sobie (po swojej, autora, śmierci, która wiązała się z aktem czytania i poznawania tekstu przez czytelników – tu, warto spojrzeć na to, co miał do powiedzenia Roland Barhes, wspominany, po społu z Michaelem Foucaultem – nie tym od wahadła; zestawienie to, sygnalizowane w tekście, pełni w nim ciekawą rolę), nagle dokonuje literackiego coming-outu. Aktu, który nie wszystkim czytelnikom musi być w smak, a niektórych – może wręcz obrażać.
Wyznania młodego pisarza mają w sobie jakąś cząstkę augustiańskiego wyjścia z cienia, ukazania swojej biografii i bibliografii twórczej, jednak nie ma ona na celu żądnego wyzwolenia, ale po prostu umacnia autokreację, pokazując tym samym że Lejenue i White mieli rację twierdząc, że każda opowieść jest dotknięta piętnem autokreacji i subiektywności autorskiej. Niestety – tu może ona dawać wrażenie wodzenia za nos czytelnika. Niemniej – dla niezaznajomionych z dotychczasową twórczością Eco książkę tę bym odradził – zabrałaby ona sporo radości lektury. Dla tych z kolei, którzy lubią doszukiwać się smaczków i podtekstów, a twórczość światowej sławy semiologa nie jest obca – pozycja ta jawi mi się jako idealna. Mając dystans do poczucia wyższości autora można znaleźć w niej mnóstwo treści interesujących. I z pewnością, jak to u młodych pisarzy bywa, napisanych z ogromną energią i entuzjazmem. 

wtorek, 8 maja 2012

Andrzej Stasiuk - Grochów



Od kiedy cywilizacja zaczęła męczyć seriami komunikatów pojawili się ludzie, którzy uciekają od niej jak tylko mogą najdalej. Takim pisarzem jest Andrzej Stasiuk – ciągle na obrzeżach, daleko od konwencji, formy i stereotypu myślenia. Tym razem jednak nie skupia się on na podróżach poza Europę, ale poza życie. Grochów to zbiorek czterech swoistych epitafiów ku czci bliskich mu.
Ze Stasiukowskim zacięciem odkrywamy historię babci autora – prostej kobiety z Podlasia, która po prostu umarła. Potem poznajemy historię zapiekłego komunisty antyklerykała, który walczył ze swoją słabością po wylewie aż do końca. Kolejna opowieść to wspomnienie po najstarszej suce autora, która przeżywszy ponad piętnaście lat również wyzionęła ducha. Najobszerniejszy tekst – tytułowy Grochów – jest jednak poświęcony pamięci innego, bliskiego autorowi homo viatora – Olka.
Te cztery historie jako żywo przypominają Ostatnie historie Tokarczuk. Są jednak bardziej osobiste, podmiotowe i, na tyle, na ile to możliwe, szczere. Można powiedzieć że opowieści te przytłaczają. Wspomnienia, jakie klarują się w głowie autora często zaskakują swoją konstrukcją – pojawiają się często elementy najmniej oczywiste, podkreślane są kwestie ważne dla niego, niekoniecznie rzutujące mocno na całą postać, często całkiem pomijane, ale tworzące rys. Najmocniej zapamiętuje babkę (trochę jak pramatkę) jako osobę, która widziała duchy i nie robiła z tego powodu żadnej sensacji. Po prostu traktowała je jak coś normalnego. Takie konstruowanie postaci nie aspiruje nawet do jakiejkolwiek bezstronności. O ile Stasiuk w swoich wcześniejszych książkach był szalenie osobisty i nietuzinkowy w opisie świata w około siebie, to tu staje się on czułym wspominającym, który zwraca uwagę na rzeczy pozornie drugorzędne, jednak konstytuujące. Zabieg ten podkreśla bliskość z opisywanymi bohaterami (postać, mimo sympatii dla zwierząt, nie jest tu adekwatnym rzeczownikem), ale i pozostaje w kręgu subiektywizmu, jakże charakterystycznego dla tego wołowskiego pisarza.
Starając się być obserwatorem i towarzyszem przechodzenia z tego świata do świata literatury swoich bliskich dokonuje on rozrachunku z przeszłością stosując momentami metody terapeutyczne (rozpamiętywanie dobrych rzeczy, skupianie się na drobnych, ale konstytutywnych kwestiach), które ułatwić mają utratę fizycznej sfery bliskich. To przejście do świata literatury dokonuje się szalenie skutecznie – nazwisko i renoma robią wszak swoje, a opis ledwo żyjącego, starego nicponia, który z przekorną i złośliwą radością palił papierosa w sali szpitalnej mocno wbija się w pamięć. Takie smaczki z życiorysu ciekawie nakreślają sylwetki postaci opisanych w tej książeczce.
Pojawia się w tych historiach ciągłe echo młodości, jakiegoś raju utraconego, ale i swoista tęsknota za młodzieńczym spojrzeniem na czasy słusznie minione. PRL w perspektywie Stasiukowskiej nie jest czasem w którym za dezercję wylądował on w więzieniu (epizod ten doczekał się fragmentarycznego uwiecznienia w Murach Hebronu), ale przestrzenią (a jakże, jego językiem mówiąc), w której młodość miała smak chleba kupionego gdzieś w sklepiku na końcu świata i zapitego po społu z kumplem butelką wina. Najlepiej gdzieś z dala od cywilizacji, w dziczy, która okazywała się być bardziej swojska dla autora Opowieści galicyjskich niż grochowskie mieszkanie, w którym się wychował. Ten sposób tworzenia narracji stwarza wrażenie silnej więzi, jaka łączyła autora ze swoimi bohaterami. Żyjącymi teraz literacko. Tylko literacko. A co ważne – coraz bardziej światomie-otwarcie-literacko; Stasiuk w tej książce jakby przestawał pozować na bożego prostaczka nieznającego teorii literackich i filozofii, a jedynie czującego literaturę siłą naturalną – tu pojawiają się nazwiska badaczy, zabawa formułami i kontekstami; to taki Stasiukowski comming-out na marginesie.
Wspomniane dążenie do jakiejś nieokiełznanej niemal niczym dzikości pozwala tłumaczyć obecność epitafium ku pamięci najstarszej suki autora. Jako matka (ach – pramatka!) niemal wszystkich psów, jakie miał, dokończyła swojego żywota spokojnie, ale dawała się porwać swobodzie wolności, z której musiał ją ratować niejednokrotnie autor. Jak stwierdzał – zwierzęta te nie wiedziały co zrobić z tą swobodą, gubiły się w niej; dopiero coś, co je pozbawiało swobody (człowiek, samochód, miska ciepłego jedzenia i miejsce za piecem) ratowało je z tego stanu zawieszenia. Ciekawym być może to, na ile te postaci wpływają na podmiotowość autorską – na ile ta wolność, której nauczyć się mógł od swojej suki jest w nim, a na ile jest ograniczana przez cywilizację właśnie. Na ile szelmostwo i ironia jednego ze swoich przyjaciół nauczyły go dystansu do swoich korzeni, jak to pokazał w trzecim rozdziale Dziennika pisanego później. Jak na jego postrzeganie świata wpłynęło to, że jego babka traktowała sferę duchów jako coś oczywistego? I, przede wszystkim, czy mrugające światła dużego fiata na torze testowym dawały mu nadzieję, czy były tylko marzeniem nastolatka o wolności, prędkości i Domu wschodzącego słońca? Na te pytania nie jest jednak udzielana odpowiedź. Wszystko jest tu skupione na relacjonowaniu, jednak każda z tych cech w jakiś sposób budzi podejrzliwość – na ile tu jest Stasiuk, a na ile te cechy posiadali inni ludzie. To trudno stwierdzić.
Tych czworo bohaterów Stasiuka wpłynęło na jego życie – dając przykład, ale i popychając ku jakimś decyzjom – niemal jak u Różewicza – wpływają oni na postać polskiego włóczęgi. Książeczka potwierdza tezę Czaplińskiego o konieczności przypominania czytelnikom o swojej obecności – książka ma niecałych sto stron i nie jest jednolitą narracją. Jej objętość budzi delikatny niesmak, ale kompensuje go w końcu nie udający nikogo innego Stasiuk-rozpamiętywacz. Taki Stasiuk mnie przekonuje, nie udaje kogoś, kim nie jest, ale przenosi swoje niedopowiedzenia na inny poziom. Na jaki? Tego nie wiem. Trzymając się Różewicza – każdy tekst sztuki jest do indywidualnego odbioru.