środa, 8 czerwca 2016

Maciej Płaza – Skoruń



Mogłoby się zdawać, że literatura chłopska  umarła śmiercią naturalną. Przeszła wprawdzie liczne przemiany wewnętrzne, jednak trudno mówić dziś o współczesnej „czystej” formie tego gatunku. W sumie to dobrze, bo – jak mawiała dr Krystyna Ruta-Rutkowska – chłop przestaje być chłopem, kiedy sięga po pióro. Jednak czy to sentyment gatunkowy, czy to w praktyce niewyzyskana forma literacka przyciągają nowych pisarzy. Efektem było dosyć głośne w środowisku Pokrzywdzie Andrzeja Muszyńskiego (odwołujące się do późnej historycznie literatury chłopskiej, z zaszczepionym osobliwym realizmem magicznym, charakterystycznym dla Pilota czy Myśliwskiego z lat 80. i 90.). Ostatnio pojawił się debiut literacki Macieja Płazy czyli Skoruń, który czerpie pełnymi garściami z tradycji literatury chłopskiej, a zarazem pokazuje obraz polskiej wsi lat 80. oraz rzeczywistość, w której niemal każda nowa rzecz przełamuje znany obraz świata.

Blurb książki mówi: siedem opowieści. Powiedziałbym raczej: opowieść w siedmiu aktach. Abstrahując od ilości rozdziałów i struktury fizycznej tej książki, trzymając ją w rękach można ze sporym przekonaniem stwierdzić, że jest ona godna uwagi. Po prostu. Napisana świadomie, z wyczuciem. W warstwie formalnej  daje o sobie znać gruntowne wykształcenie humanistyczne autora, które przewija się i daje o sobie znać. Widać inspiracje twórcami z nurtu wspomnianej literatury chłopskiej, a zarazem przepracowanie tematu dogasania gatunku i reakcji związanych z nim pisarzy na późną nowoczesność. I tak, wiem, opowieść traktuje o innych czasach.

Trzon fabuły jest prosty i można stwierdzić, że eksponuje podnoszone przez Rocha Sulimę kwestie wykształcenia na wsi i powodowanych przezeń konfliktów. Akcja toczy się w cieniu sadu, którego rytm narzuca tempo książce, a główny bohater, mimowolny obserwator sporów między ojcem i stryjem, dorastając na oczach czytelników dostrzega coraz to nowe rzeczy. Odkrywa bimber, przepalankę, piwo, papierosy i seks. Ma poczucie partycypacji w dziwnym wyścigu do dorosłości, w którym uczestniczy mimo pewnych wewnętrznych wątpliwości. Nie chce jednak odstawać, bo nie dość, że jego ojciec zdobył wykształcenie – czym różni się od przeciętnego mieszkańca średniej nadwiślańskiej wsi – to do tego jest jedynakiem. To wystarczy, by jakiekolwiek dziwactwa z jego strony były natychmiast wyciągane. Dodatkowo w każdym ze wspomnianych aktów pojawia się element typowy dla innych form gatunkowych. Mamy więc tajemniczego dziada, który pokazuje młodemu bohaterowi jak koty pochłaniają czas. Jest intrygujący włóczęga, który zaciąga się do pomocy w gospodarstwie. Jest poczucie stłamszenia oraz konflikt potrzeb i obowiązku. Są spory i przepychanki przy zbiorach, jest tajemnicza historia o Niemcach, którzy potopili się w czasie wojny w Wiśle i broni, którą każdy ze wsi sobie wyłowił i ukrył. Do tego poczucie zagrożenia w chwilę po tajemniczym zniknięciu ojca (które okazuje się internowaniem) i jego poszlakowana u milicji i bezpieki opinia. Wreszcie – powód niechęci ojca do brata, który z pewnością wychodzi daleko poza spór o wybór drogi życiowej. To wszystko zamyka się w tej zgrabnie napisanej książce, w której najważniejsze są opowieści poszczególnych postaci. One zdają się zarządzać tokiem tej prozy, co pokazuje jak skutecznie autor potrafi ukryć się za literami. Pragnę tylko przypomnieć, że nie jest to prosta sztuka.

Dostrzeganie problemów podnoszonych w ważnych dla gatunku książkach, a do tego ich trafne komentowanie i ukrywanie śladów po ingerencjach autorskich świadczy bardzo dobrze o tej pozycji. Nie porzuca ona jednak wyraźnego rysu snucia opowieści, co widać chociażby w tym, że każdy z rozdziałów (mimo, że nie zawsze przystających do siebie czasowo) opowiada konsekwentnie tę samą historię rodziny. Wprawdzie pojawiają się elementy charakterystyczne dla późnej literatury chłopskiej (oniryzm, magiczność czy tajemnica ukryta w ziemi), lecz stanowią one jedynie ornament na twardej bryle fabuły. Przypominają to, co można dostrzec w ramowo ujętej twórczości Myśliwskiego (od Nagiego sadu – kto nie złapał nawiązania, ten gapa – do Ostatniego rozdania), jednak wrażliwość i wyjście w kierunku nowoczesnej prozy psychologicznej i obyczajowej przypomina to ostatnie. Nie ukrywam, że cieszy mnie to, że nie ma tu zbyt dużo „ducha Mariana Pilota”, ponieważ o ile jest on spójny w kolejnych prozach laureata Nike, o tyle w powieści o bardziej „realnym” charakterze mógłby bardziej zaszkodzić niż. Do tego czytelnik nie uświadczy taniego filozofowania ani prostych rozwiązań. Wprawdzie pod koniec opowieści pojawia się wielka ekspozycja (odwołująca się po trosze do d[r]eszczowców), jednak nie odstaje od reszty i stanowi pewne dopełnienie. Ostatni akt przynosi osobliwe wyzwolenie bohatera, które przynosi pojawia się wraz… z osą. Ale to już inna historia.

Po Skorunia nie dość, że warto, co należy sięgnąć. Stanowczo. To bardzo dobry literacko debiut, który traktuje polską literaturę poważnie i rozważnie, a zarazem nie podchodzi do niej czołobitnie. Jest to proza na wskroś nowoczesna, jednak odwołująca się do osiągnięć sprzed lat. A to z pewnością rokuje bardzo dobrze. Zwłaszcza, że napisana jest tak, że czyta się ją jednym tchem. Żeby nie było za dużo zachwytów -okładka mogłaby być inna. Pozostaje tylko stwierdzić: „polecam”.

3 komentarze:

  1. Nie jest to tematyka, po którą często siegam. Ale obraz polskiej wsi z lat 80 mnie przekonuje. Do tego poważne traktowanie literatury przez autora. Zacheciłeś mnie do poznania tej książki.

    OdpowiedzUsuń