poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Marek Żak - Bieg


Trzecia książka warszawskiego pisarza jest utrzymana w klimacie zbliżonym do poprzednich tekstów – jest to historia z farmacją w tle, egoizmem i pieniędzmi na pierwszym planie. Receptura, pozornie prosta, daje spore pole do popisu dla autora. Jak to pole wykorzystał Marek Żak?
Okazuje się że całkiem błyskotliwie. Bieg jest historią rozgrywającą się na amerykańskim rynku farmaceutycznym. Akcja zaczyna się w jednej z prywatnych i renomowanych (a jakże) klinik Miasta Aniołów. Szybko okazuje się, że bohaterom bliżej do upadłej wersji skrzydlatych – konszachty i pieniądze okazują się być ważniejsze niż dobro pacjentów. Amerykański koncern farmaceutyczny chce zwiększyć swoje wpływy na rynku; stracił je bowiem za sprawą niemieckiej firmy produkującej lek o nazwie Pipolay, który w niezwykle skuteczny sposób obniża poziom cholesterolu we krwi i oddala mroczne widmo zawału. Za sprawą lekarzy ze wspomnianej kliniki ma się dokonać spektakularny akt ukrócenia swawoli europejskiej na kontynencie amerykańskim. Plan festynu, na którym w różnorakich zawodach sportowych mieliby startować przyjmujący spore dawki Pipolay’u i niewielkie konkurencyjnych specyfików okazał się być idealną metodą na wywołanie skandalu. Okazało się bowiem że amerykański specyfik, mimo mniejszej skuteczności, ma mniej efektów ubocznych. A skandal miał polegać na zejściu przyjmujących europejski. Plan obejmował również podsycenie niechęci na tle narodowościowym – środek ratujący życie miał powodować drugi, nowożytny Holocaust…
Plan, w istocie niecny, jest osią tekstu – wszystko toczy się w oku pozbawienia kogoś pieniędzy. W książce tej wartości moralne stają się drugorzędne – pierwsze skrzypce gra w nim mamona; to ona jest poruszycielką wszystkiego w tej opowieści. To ona wpływa na zachowania ludzi, pozwala im na coś albo nakazuje dokonywać niejednoznacznych moralnie decyzji.
Pod tym względem jest to opowieść ciekawa – jest na nią pomysł, nie brakuje dobrej znajomości tematu, założenie, jakie zdaje się przyjmować autor (przedstawienie mechanizmów działania koncernów farmaceutycznych i generowanie wpływów poprzez uprzejme stypendia i granty) jest przekonujące i jawi się jako odzwierciadlające prawdziwe. Z drugiej strony pojawia się dosyć spora wada tego tekstu – postacie w nim opisane są płaskie; brakuje im charakteru, czegoś, co sprawiłoby że zapiszą się w pamięci czytelnika inaczej niż jako osoba pełniąca określoną funkcję. Ich zachowania i dialogi nie są najbłyskotliwsze. To spłaszczenie sprawia że można przewidzieć kolejne partie tekstu – co będą robić bohaterowie, co powiedzą, do czego zmierzają. Można oczywiście to tłumaczyć prostą zależnością sprasowania wszystkiego przez pieniądz, przerostem cynizmu nad empatią; niemniej – takie podejście nie tłumaczy zupełnego zatuszowania ja bohaterów. W książce uderza przejmująca tymczasowość niemal każdej relacji międzyludzkiej, jej relatywizm i nagłość – w postaciach na próżno szukać dojrzałości i mądrości, ale zapełnia tę lukę spryt i hipokryzja. Przestaje być ważne to, kim się jest, ale to, co się ma. Drażnić może również brak refleksji bohaterów – przypominają oni dzieci, które nie planują naprawiać czegokolwiek, a za lepsze wydaje się im odrzucenie zabawki za siebie. Konsekwencje przestają tu mieć charakter moralny – jedynym wyznacznikiem świata nakreślonego przez Żaka jest pieniądz. Czasem brakuje kontynuacji niektórych wątków – postacie, które pojawiają się i są czynione względem ich plany nagle znikają (jak to było w przypadku dawnej sympatii jednego z bohaterów).
Zostaje w tekst wtrącona obecność Europejczyków – jeden z głównych bohaterów jest Czechem, pojawia się również Polka. Takie zacięcie słowiańskie jest widoczne we wszystkich książkach Żaka – postacie te są w jakiś sposób gloryfikowane w sposób szalenie purytański – powiedzenie od pucybuta do milionera staje się w ich przypadku doskonałym przykładem. Co ciekawe – świat opisany przez autora jest idealny estetycznie – pozorna kalokagatia (to, co piękne – dobre) w pewnym momencie zaczyna drażnić.
Marek Żak poczynił spory postęp – zarówno warsztatowy i koncepcyjny. Trudno jednak stawiać Bieg w panteonie polskich prozaików ostatnich lat. Koncepcyjnie wybiega daleko poza literaturę średnich lotów, zostawiają w tyle Wiśniewskiego, jednak warsztatowo nie sięga aż tak daleko. Niemniej Bieg jest pozycją godną uwagi – jest to ciekawa książka, której jednak należy wybaczyć pewne niedociągnięcia zarówno natury formalnej jak i warsztatowej. Gdy poczyni się takowy zabieg – staje się ona interesującą lekturą. 

niedziela, 22 kwietnia 2012

Jean Echenoz – Błyskawice


Biografie jakie są, każdy widzi. Ktoś pisze o kimś, stawia go w mniej lub bardziej korzystnym świetle, a potem wszyscy narzekają, że biografia jest przekłamana albo zbyt idealizuje postać. Jest jednak gatunek, który można określić jako biografię literacką, będącą w praktyce o-powieścią o kimś znanym. Opowieścią bardzo literacką, nie zawsze dokładnie opisującej życie bohatera. Tako też jest w przypadku literackiej biografii Nicola Tesli.  
Błyskawice są opowieścią o Grzegorzu (będę używał spolonizowanej wersji imienia Gregor z powodów praktycznych), zdolnym chłopaku z Serbii, który rodząc się przy odgłosach burzy jakby związał się z ich elektrycznością – do końca życia służył im wiernie, próbując stworzyć darmowe źródło energii elektrycznej dostępne wszystkim. Jako młodzieniec, mały Grześ szybko pokazuje swoje ogromne umiejętności w zakresie mechaniki – naprawia wszystko, co nie działa w domu, udoskonala na tyle, na ile jest w stanie każde urządzenie. Szybko przenosi się na studia i tak zwraca uwagę wykładowców swoimi niespotykanymi umiejętnościami.
Jednak koledzy z uczelni łagodnie wypychają go za Ocean, gdyż, jak twierdzą, tu nie znajdzie sobie miejsca ani przestrzeni dla swoich pomysłów. Na ile to była dobra wola a na ile poczucie zagrożenia ze strony genialnego młodzieńca – tego nie dało się jednoznacznie stwierdzić. I tak delikatnie popchnięty w nieznane ląduje już wcale nie taki młody Grzegorz na brzegu Amerykańskim z listem polecającym. Udaje się do Tomasza Edisona, prekursora prądu stałego. Ten daje mu niechętnie pracę i tak to się staje bohater pomagierem pierwszego na świecie władcy prądu.
Jednak, jak wiadomo, poza AC jest też i DC (chwała Australijczykom!); Serb odkrywa potencjał kryjący się w prądzie zmiennym. Jednak nie dostrzega tego Tesla, i widząc w nim oponenta, blokuje wszystkie inicjatywy swojego, już, byłego pracownika. Dzięki temu poznajemy narodziny krzesła elektrycznego, które, jak to poetycko określa Echenoz, było efektem jednej z pierwszych w historii kampanii reklamowych. Kampanii Edisona.
Grzegorz żyje sobie spokojnie dalej, raz jest na wozie, a raz pod nim. To wszystko opisywane jest w bardzo ciekawy sposób – z jednej strony w tej książeczce dominuje narracja trzecioosobowa z wszechwiedzącym opowiadaczem. Jednak ta dominacja ciekawie się łączy  z ciągłymi zwrotami ku czytelnikowi, częstokroć przeplatanymi czymś, co można by nazwać albo apostrofą do bohatera albo narracją drugo-osobową. To interesujące przemieszanie buduje bardzo swojską opowieść. W jej ciągu tworzy się obraz Grzegorza jako człowieka dotkniętego manią, czymś na kształt autyzmu. Zbliża się tym samy, literacki odpowiednik Tesli do Kanta z opowieści Micińskiego (Portret Kanta). Ponadto ogromna rola zostaje przypisana okolicznościom narodzin Gregora – pioruny i burza jakby determinują przyszłe losy władcy błyskawic.
Mimo wszystko – jest to historia opowiedziana bardzo gładko i sprawnie. Pojawiają się przemilczenia, do których przyznaje się narrator, częstokroć powołuje się na mniejszą wagę niektórych faktów, czasem na utrzymanie spójności opowieści. Te zabiegi faktycznie czynią swoją powinność – Błyskawice są bardzo interesującą opowieścią o wielkim wynalazcy, Nicoli Tesli. Opowieścią z pogranicza biografii i literatury, przy czym żaden z tych dwóch pierwiastków nie gra w całej opowieści pierwszych skrzypiec. 

środa, 18 kwietnia 2012

Marian Pilot – Pantałyk


Reedycja debiutanckiego zbioru opowiadań Mariana Pilota pojawiła się dosyć szybko po przyznaniu autorowi nagrody Nike. Decyzja ta jest z pewnością trafna – takie zbiory warto wznawiać nawet bez okazji. Bo takie połączenie powieści chłopskiej, realizmu magicznego i wisielczego humoru nie zdarza się nazbyt często.
W tych opowiadaniach pełno Dud. Różnych – wielkich, małych, głupich, mądrych, śmiertelnych i tych, których kostucha jakoś skosić swoją kosą nie może. Bo i tacy są. Książkę rozpoczyna z porzekadło śląskie, w którym pojawia się nazwisko Duda. Nazwisko, które pochodzi o instrumentu, w który to Duda dął. Są też Nowakowie – podobni w charakterze, tak samo uparci i tak samo… dziwni.
I tu, jak w wielu wsiach, połowa mieszkańców wsi nosi jedno nazwisko, druga połowa - drugie. Te rody, różnorodne i buńczuczne, w których miast nazwisk funkcjonują przydomki, są silne i wiekowe, mocno zhierarchizowane, ale i wspierają się, jak to rodzina, w ciężkich chwilach. Chociaż często pozostają milczący wobec siebie, jak to miało miejsce w przypadku Super-Nowaka, który wymyślił maszynę, której działanie pozornie nie miało celu. Albo jak z Krzepkim Dudą i Dudą-Oprawcą, którzy stali się powodem do wstydu całej wsi.
Z drugiej strony tych opowiadań jest ciągła hermetyczność – wszystko, co jest spoza, jest obce. Ale też i ciekawe, jak to Duda-Nieuk, który dostaje paczkę z pięknym sznurkiem i nie mniej piękną karteczką; której jako nieuk rozszyfrować nie umiał. Co nie przeszkodziło mu w wzięciu jej do kieszeni i poszukania rady u mędrzejszych od niego. Uków.
Jest w tych historiach masa czarnego humoru – czasem zahaczająca od Poe’go, czasem o barok; zawsze jednak inteligentnego i bardzo błyskotliwego. Pełne delikatnego uroku stwierdzenia dotyczące niezabicia się nawzajem przez małżeństwo czy też wspomniany już Krzepki Duda, który mimo kilkunastu minut wiszenia na szubienicy ani wbitego w serce metalu nie odczuwał, jakże normalnych, efektów ubocznych takich poczynań. W tym humorze też objawia się dziwna magiczność wsi – wsi, w której może dziać się wiele rzeczy niespodziewanych, przyłożywszy uszy do ziemi można słuchać głosy zmarłych opodal, chowanie pod fundamentem muru cmentarza daje nadzieję zbawienia, a dziwna, młynopodobna maszyna, lata. A wzlatuje na oczach procesji rezurekcyjnej.
Pantałyk jest wspaniałym zbiorem opowiadań – dowcipnym, momentami uszczypliwym, ale napisanym inteligentnie i z zamysłem. Jest w nim to, co zapowiada późniejsze teksty Pilota (chociażby Pióropusz), ale i pięknie przetwarza wzorce opisane przez Nowaka i Redlińskiego, dodając im własnego, bardziej iberoamerykańskiego rysu. Na polskim gruncie zakorzenia tę mieszankę Pilot wspaniale. 

niedziela, 15 kwietnia 2012

Kaya Mirecka-Ploss – Kobieta, która widziała za dużo



Kryminał jest ciekawy, gdy jest dobrze przemyślany. Zabawa zaczyna się z momencie, gdy to życie pisze opowieść od początku do końca. Taką opowieścią jest Kobieta, która widziała za dużo – historia o Polce, Kai Mireckiej-Ploss, która próbuje dociec, kto jest winny morderstwa.
Elementem konstytuującym kryminalność tej książki jest morderstwo dwojga młodych ludzi – Alana i Dony. Ludzi, którzy byli połączeni z bohaterką poprzez Lee Earmana, agenta nieruchomości, który zajął się sprawą sprzedaży mieszkania państwa Ploss – Kai i Sidneya. Dosyć oryginalny sposób nawiązania znajomości Lee i Kai sprawił, że Polka angażuje się w sprawę tej zbrodni. Okazuje się też że bohaterka posiada dziwne zdolności parapsychologiczne z pogranicza voodoo i New Age, oraz że w niezrozumiały dla siebie sposób widziała scenę morderstwa i wiedziała, że na jej miejscu był Lee. Jednak czy był on ręką trzymającą broń – tego bohaterka nie jest pewna. I tego próbuje dociec. W książce pojawiają się również nawiązania do wcześniejszych losów Kai – jej wizyty w Polsce, czasu spędzonego w Londynie
Powieść kryminalna z pogranicza autobiografii wzbudzać może zainteresowanie, zwłaszcza, gdy na czwartej stronie okładki pojawiają się liczne referencje osób znanych (Kutz, Kwaśniewska, Holland). Jednak wrodzona podejrzliwość nakazuje z dystansem podchodzi do kwestii omówionych i potwierdzonych przez wiele osób. Drażnić może przede wszystkim ciągłe podkreślanie prostoduszności bohaterki-narratorki (wszak to powieść o narracji pierwszoosobowej), ciągłe podkreślanie wzniosłości idei, dla której pragnie odkryć morderców. Albo zleceniodawców. Podobnie – niemal ostentacyjna religijność bohaterki jest niespójna i trąca przesadnym synkretyzmem. Ciągłe nastawanie na życie Kai i brak tego konsekwencji momentami budzi konsternację (jak ginie dowódca obozu, w którym przetrzymywana była w czasie wojny bohaterka, czemu pociski, które przelatują nad jej głową nie zostają nigdzie). Wątki z pogranicza metafizyki pojawiają się jedynie przy zawiązaniu akcji i przy jej rozwiązaniu – w środku powieści nie pojawiają się nawiązania do nietypowych zdolności bohaterki.
Niemniej – opowieść jako taka jest ciekawa – odnosi się jakoś do problemów, o których pisał Miłosz w Zniewolonym umyśle (związana jest z tą kwestią powrót bohaterki do Polski w latach 50.), o życiu na emigracji, amerykańskiej polonii i funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości za oceanem. Wątek kryminalny ciekawie przeplata się z relacją bohaterki z mężem, ale i obrazuje problemy, z jakimi borykać się mogą stróże prawa. Za zaletę też należy poczytać fakt, że książka faktycznie wciąga – czyta się ją dobrze; w takich sytuacjach dosyć prosty język okazuje swoje ogromne zalety – jego dynamizm jest dużą zaletą książki.
Kobieta, która widziała za dużo jest ciekawym kryminałem, który warto zabrać ze sobą w podróż na majówkę. Gdy przymknie się oko na niedoróbki i zbyt widoczne szwy zespalające opowieść, lektura staje się bardzo przyjemna, a sama historia – naprawdę wciąga.

piątek, 13 kwietnia 2012

czwartek, 12 kwietnia 2012

Tony Judt - Pensjonat pamięci


Jak wyglądałyby wspomnienia Sokratesa, gdyby na początku XXI wieku miał wypić cykutę w więzieniu? Zapewne ich kształt byłby podobny do tego, co pozostawił po sobie Tony Judt – brytyjski historyk, wieloletni wykładowca akademicki i eseista.  Poprzez pryzmat swojej choroby dokonuje rozrachunku z przeszłością i własnymi wspomnieniami w sposób błyskotliwy i niejednokrotnie zabawny.
Swoją opowieść autor zaczyna snuć od opisu sytuacji, w jakiej się znalazł. Dotknięty stwardnieniem zanikowym bocznym powoli traci władzę nad swoim ciałem – opisuje to, co się z nim dzieje dopóki panuje nad swoimi strunami głosowymi. Sam określa książkę jako swoisty pensjonat pamięci, miejsce, w którym jednostka może zachować swoje wspomnienia i z którego może czerpać dzięki zastosowaniu różnorakich metod mnemotechnicznych. Czerpać, by podzielić się z tymi, którzy zostaną.
Właśnie takim pensjonatem staje się dla autora książka – powstała przypadkiem, za namową znajomych wydawców, którzy byli zachwyceni nieprzeznaczonymi do druku zapiskami wyciągniętymi szuflady. Ułożone w chronologiczną całość tworzą opowieść o Anglii i Ameryce czasów młodości Judta; jest to historia zachwytu ideałami i walki z absurdami uczelni wyższych, które nie przestały funkcjonować w obrębie XIX-wiecznej edukacji. W opowieściach autor stawia również pytania o przywileje młodości i ich zasadność – na ile zachwyt rewolucją i jej ideałami (przynajmniej – tymi pozornymi) jest czymś, co można sobie wybaczyć i uznać za szaleństwo młodości, a na ile jest to świadectwo bezrefleksyjności i ślepoty, którego należy się wstydzić.
W tym założeniu ciekawie koresponduje on z Miłoszem, do którego odwołuje się jako do autora, który jako pierwszy napisał książkę o pokusach, jakimi mami intelektualistę myśl komunistyczna. Również widoczna jest tu korespondencja z polskim noblistą – podobnie jak Miłosz w Rodzinne Europie, tak Judt w Pensjonacie pamięci tworzy opowieść o swoim kraju lat dziecinnych, jednak prowadzi ją z perspektywy szerszej niż Polak. Pomimo tego – obie opowieści są swoistymi komentarzami sankcjonującymi to, kim są.
Mimo tego podobieństwa – Anglik stosuje inne metody opisu świata; o ile Miłosz umyka jakiemukolwiek przypadkowi, to u Judta jest on obecny w zawoalowany sposób, jednak jego obecność jest niezaprzeczalna (chociażby pojawienie się w jego życiu jego trzeciej żony). Opisując miejsca swojej młodości wciąż działa na płaszczyźnie kiedyśteraz. Wskazuje też na niemal wyłącznie negatywne efekty rozwoju świata – zielone autobusy przestają być takie piękne, świat nagle stał się zbyt szybki, zamknięcie drzwi do gabinetu na czas konsultacji ze studentką bądź studentem może budzić podejrzenie o molestowanie tejże lub tegoż. Pojawiają się też akcenty pozytywne, chociaż są one w zdecydowanej mniejszości (na przykład kwestia zbyt wczesnego zamykania bram kampusów). Pensjonat pamięci staje się miejscem rozpamiętywania młodości z perspektywy dojrzałego historyka, który wciąż tęskni za swoim, może nie idealnym, ale nie pozbawionym radości życiem sprzed kilkudziesięciu lat.
Obok opowieści niemal historycznych pojawiają się szkice zbliżone do antropologicznych – obecny jest w nich spora doza nadświadomości autora jako przynależącego do grupy społecznej dotkniętej od wieków ostracyzmem (Judt z pochodzenia był Żydem). Również wielokrotnie wskazywał relatywizm spojrzenia – fascynacja komunizmem w jego latach młodzieńczych nie była uświadomiona przez dziejącą się kilkaset kilometrów na południe praską wiosnę. Również kwestia elitarności edukacji nie pozostała bez jego komentarza (pojawia się ona w wielu esejach). Zwraca uwagę na przemieszanie, jakie dokonało się w ciągu kilku minionych dekad – umożliwiło ono przedstawicielom niezamożnej klasy średniej na wysłanie ich dzieci na studia wyższe. A na tych młodzi ludzie spotykali się z licznymi reliktami poprzednich epok i poprzedniego ładu społecznego. Jako akademik mocno skupia się nad różnicach między tradycjami intelektualnymi w opisywanych krajach, ale i stara się nakreślić powody zaistnienia takiego stanu rzeczy.
Ciekawie też przedstawia się kwestia perspektywy, z jakiej opisuje on świat i swoje wspomnienia. Punktem centralnym jest ja autorskie o zaburzonej nieco tożsamości narodowej – z jednej strony mocno osadza się w kontekście angielskim, z drugiej podkreśla emigracyjny charakter swoich rodziców, by w ostatnich esejach zbioru zwracać uwagę w kierunku solidaryzowania się z narodowością amerykańską. To przechodzenie obrazuje przemiany, jakie zaszły w jego życiu, zmiany perspektywy i przewartościowanie niektórych elementów (doświadczenie inności, zmiany światopoglądowe, starzenie się, rozszerzanie się wraz ze wzrostem doświadczenia perspektyw).
Jak wspomniałem – pojawia się w tekście Europa wschodnia, a dokładniej ówczesna Czechosłowacja i Litwa. Judt stwierdza, że jego zainteresowanie kierowane było faktem wolnością areny praskiej wiosny od martyrologii (tu głównie Czechosłowacja) i przesadnej historiozofii albo innego, narodowego egotyzmu. Zainteresowanie tym regionem Europy pojawiło się u niego w konsekwencji swoistego przechodzenia kryzysu wieku średniego – Judt przyznaje się, że dla niego remedium na tę bolączkę okazała się nauka języka czeskiego. Zaowocowało to wydaniem jego znakomitej analizy przekrojowej historii Europy po 1945 roku.
W tekstach pojawia się afirmacja postacią Orwella – zarówno jako twórcy, który przewidział konsekwencje, jakie niesie ze sobą romans z komunizmem, ale i czułego na problemy społeczne obserwatora, który potrafił dostrzec podłoże tegoż. Cały zbiór esejów jest utrzymany w klimacie przywodzącym jako żywo młodzieńcze eseje autora Roku 1984. Z drugiej strony – wciąż zbliża się do eseistyki francuskiej – pełnej anegdot z życia, ale i mającej zawoalowany charakter intelektualny, który nie rzucając się w oczy zwiększa rzesze odbiorców; podobną sztukę opanowali niemal do perfekcji Tadeusz Boy-Żeleński (widać to chociażby w zbiorze Reflektorem w mrok), jak i Marek Bieńczyk (Melancholia), chociaż najbliższy temu sposobowi pisania – niewymuszonemu, potoczystemu, ale i przepełnionemu podtekstami jest Barthes (we Fragmentach dyskursu miłosnego i Rozkoszy czytania).
Pensjonat pamięci jest lekturą godną uwagi, dającą ogromną radość w warstwie opowieści, ale i pozwalającą odkrywać treści zawoalowane przez autora. Fragment recenzji na okładce mówi o tej książce jak o eseistycznej uczcie – trudno się z tą opinią nie zgodzić. 

środa, 4 kwietnia 2012

Ewa Lipska - Droga pani Schubert



Ewa Lipska – Droga pani Schubert.
Estetyka codzienności dotkniętej literaturą, przepisanej w poezję dominuje w nowym tomiku Ewy Lipskiej Droga pani Schubert. Pustka, codzienność i przemijanie stają się głównymi wątkami tej książki.
Ten zbiór dwudziestu sześciu wierszy nosi znamiona epistolarności – większość utworów zaczyna się od wskazania na formę listowną komunikacji z panią Schubert. Panią, która jest kimś oczekiwanym, niemal jak becketowski Godot. Kimś, kto nie musi nawet przychodzić – jego wyobrażenie wystarcza dla konstytuowania świata wiersza. Takie założenie, w połączeniu z dominacją apostrofy, powoduje wrażenie swoistej bliskości zarówno nadawcy, jak i odbiorcy tekstu; jakby czytelnik był między tymi dwoma podmiotami i przysłuchiwał się im bezkarnie. Obecność adrestaki staje się konstruująca dla całego świata przedstawionego – od niej zaczyna się komunikacja. Z drugiej strony – postać ta staje się swoistym spowiednikiem. Ciekawie ta figura realizuje się w wierszu Miasta – tu dokonuje się rozliczenie zahaczające o przestrogi ewangeliczne dotyczące obciążonych winą miast, które stają się nagle świadkami oskarżenia. Obecna jest też w tych wyznaniach trwoga, która jest ukrywana – tak jak w Diabelskim Młynie, w którym przemijanie jest skwapliwie ukrywane pod postacią czynionych na kartce kalendarza krzyżyków. Z kolei wiersz Spowiedź sygnalizuje niemożność zaistnienia sytuacji spowiedzi w stanie jawy – wysłuchująca spowiedzi kobieta nagle wybucha śmiechem i rozpływa się; można to traktować jako potrzebę panowania na swoim ja w sytuacjach wymagających autoprezentacji i spojrzenia w głąb siebie. I prezentacji tego, co w środku.
Wielką wagę w tekście ma czas – to on staje się centrum świata opisywanego. W tomiku podmiot liryczny obraca go niemal jak proustowską magdalenkę – przygląda mu się z wielu perspektyw, wkłada w usta napotkanych postaci słowa nadające nową perspektywę dla tego, co jako ludzie odczuwamy jako czas. Pojawia się autoanaliza liryczna, opis różnych stadiów życia (które jest też czasem), spojrzenie na codzienność z punktu widzenia kosmicznego i niemal zastanego. Centralnym elementem tego zagadnienia w zbiorze jest koło – staje się ono znakiem ciągłości, wiecznych powrotów, ale i świadectwem przemian. We wspomnianym Diabelskim Młynie dokonuje się zniszczenie zastanego ładu – gdy przestaje on działać rodzi się pustka, której nie da się wypełnić. Z kolei Suplement diety jest obrazem powracania do czegoś (wspomnień, miejsc, pamiątek) jako do swoistego zastępstwa życia teraźniejszego – tu to koło staje się złamane, gdyż przestaje się kręcić, ale dokonuje się tylko pozorna, jednostronna wymiana. Podobny motyw pojawia się też w Braciach Grimm – tam to ujawnia się swoisty Piotruś Pan, który chcąc uciec od dorosłości i związanych z nią pytań (nie na darmo pojawia się wspomnienie o psychologicznym Dostojewskim i podejrzewających Marksie i Nietzschem). Dalej z kolei idzie w wierszu Film – tam pojawia się przedawkowanie specyfiku dającego młodość; skutkiem tego jest odrealnienie, bo nawet nadzieja na zatrzymanie wskazówek (poruszający się wszak po kole) jest niebywałym zuchwalstwem, które nie może skończyć się dobrze.
 Okrąg pojawia się też w kontekście hazardu – oko ruletki pozostające niemal w środku spogląda na grających, którzy obserwują obrót reszty konstrukcji – stałością tu staje się element niedostępny graczom (wszak to krupier uruchamia to koło); tutaj decyduje wyłącznie przypadek. Również w wierszu Literówka pojawia się wyraźna obawa przed przypadkowością istnienia samego świata; świata, który, jako rzecze napotkana na ulicy kobieta, jest literówką wszechświata, przejęzyczeniem, dzięki któremu istnieje podmiot. A kto jest poruszycielem…? Na to odpowiedź nie jest udzielana. Jedno jest pewne – nawet Czas może złożyć przez przypadek kondolencje Śmierci (jak to czyni w Roztargnieniu); podmiot przedstawia wyłącznie konsekwencje, chociaż pojawienie się w wierszu Pomyłka przechodnia, który stwierdza, iż cała ludzkość jest wynikiem pomyłki wszechświata może również wchodzić w dialog z niestałością bytu ludzkiego, ale i jego przypadkowością.
Przypadek, a raczej niemożność zapanowania nad światem i samym sobą pojawia się bardzo często. Widoczne jest to w Neronie – mimo braku pozwolenia wyobraźnia dochodzi do głosu. Takie mimowolne dzianie się odnosi się w tomiku głównie do sfery snu – sytuacji, w której rozum śpi, a budzą się demony; tak dzieje się w Spowiedzi (tu wspomniana scena całkowitej nierealności), Filmie (pomijając fakt opisu ruchomych obrazów, pojawia się w nim ogromne odrealnienie, w wyniku którego w pokoju podmiotu lirycznego ląduje upity w sztok Trzeci jeździec Apokalipsy) i w Śnie (w nim obraz wojny pozostaje w bezpiecznym oddaleniu onirycznym, przy czym pozostawia niepokój o poranku, ale i zwraca uwagę, że noc i ciemność wzbudzają przerażenie przed tym, nad czym nie mamy kontroli).
Zarazem zbiorowi przyświeca cień strachu przez przypadkiem i zapomnieniem – pojawia się wątek Herostratesa (wprawdzie imię to nie pada, ale kontekst podpalacza świątyni okazuje się być tu oczywisty), ale i niemal śmiertelnego strachu przed przeoczeniem na tle całego czasu świata. Żywa jest tu też obawa przez przegadaniem problemów – budowaniem pióropuszy słów, które niczemu nie służą (co jako żywo wydaje się być okiem puszczonym w stronę Mariana Pilota). Również sytuacja liryczna opisana w Testamencie wydaje się być groteskowa – przeszłość staje się przyszłością, przyszłość gdzieś umyka. Podobnie jak niespodziane zamknięcie diabelskiego młyna wzbudza dziwny strach przed nieznanym, które zaburza cykliczność, ale i jest jakimś wyznacznikiem niespodziewanej śmierci (nagle wszystkie światła gasną). Z kolei ciągłe analizowanie czasu ciągnie za sobą subtelny związek z przemijalnością i śmiercią – w tle niemal każdego wiersza funkcjonują one wyraźnie; taka delikatna barokowość pojawia się tu niemal wszędzie (i w jakiś sposób pozwala na skojarzenie z Zachodem słońca w Milanówku, a zwłaszcza z zagadkowymi kotami Rymkiewicza, które mają w sobie jakąś dziwną tajemnicę; nie dziwo, że posądza się je o dziewięć żyć.). U schyłku pojawia się też nieznośny strach przed śmiercią, w okolicy której panuje nieznośny żar, jak to stwierdza podmiot w wierszu Neron. Ile więc zapomnienie i zapamiętanie mogą mieć wspólnego z ogniem? Ogień w tomiku ocala pamięć i grozi katuszą – zarówno spalenie świątyni i jak i całego Rzymu wryło się w pamięć, ale zapomina się o gorącu bijącym w okolicy śmierci. Będącym po trosze ogniem pamięci, zapomnienia i piekła.
Również bytność świata przedstawionego jest dwoista – z jednej strony funkcjonuje on jako rzeczywisty (podmiot odnosi się do jakiejś, zdawałoby się prawdziwej rzeczywistości – świadczyć o tym może mycie zębów w Śnie czy też ulica w Literówce), z drugiej – wielokrotnie podkreślane jest językowe zakorzenienie opisywanego świata (Język); nie pozostaje bez wskazania zbawienność istnienia tego świata równoległego – poetyckiego (Poezja). Bez niego wszak podmiot nie byłby podmiotem, bytem wyodrębnionym z szarej masy bez cech indywidualnych. Świata, który nosi w sobie jakąś mimowolność.
Pierwszych kilka wierszy wprost niemal odwołuje się do Herberta – czy to formą, czy treścią (zwłaszcza do debiutanckiego tomu Struna światła; z resztą – na ile wiersz Piorun jest tu peryfrazą tegoż…?). I, co chyba najbardziej wyraźne – pani Schubert jest tu niemal jak pan Cogito – bytem powołanym do życia w świecie poezji, jednak zakorzenionym w uniwersalnej Myśli. Z drugiej strony – odbiorczyni domyślna staje się powierniczką, kimś szalenie blisko związanym z podmiotem (o rodzajniku męskim); panią, o której pojawia się wiele ciepłych słów, delikatnie zahaczających o erotyk (chociażby w Pamięci). Może być ona every-men’em, ale i bardzo dokładnie określoną figurą odbiorcy idealnego; kogoś bardzo bliskiego, znanego od dawna. Zarazem postać ta może być projekcją, dziecięcym zmyślonym przyjacielem, stworzonym dla zapełnienia luki w życiu i relacjach z innymi. Przyjmując to założenie pani Schubert byłaby remedium na chorobę samotności i bezsensowności, spiritus movens całego tomiku, ale i życia podmiotu lirycznego. Życia w świecie języka i literatury.
Podmiot jest zaznajomiony z teorią literatury i nie obawia się grać jej na nosie swoją nadświadomością – Lustro jako żywo przywodzi na myśl koncepcje psychoanalityczne (tu – lacanowskie),  ciągłe powoływanie się na język i świat wewnętrzny tekstu (Język, Poezja) kojarzy się z de Saussurem i późniejszymi strukturalistami, ale w obrębie samej pamięci trudno nie skojarzyć z white’owską teorią historii jako opowieści subiektywnej, ale i wchodzącej w autokreację i dostosowanie opowieści do siebie sugerowane przez Lejeune’a.
Tomik jest ubogacony ciekawymi grafikami Sebastiana Kudasa. Powstawały one w oparciu o lekturę wierszy poetki i z pewnością są ubogaceniem zbioru. Wszak co to za książka, w której nie ma obrazków…
Nowa książka poetycka Ewy Lipskiej jest ciekawym zbiorem poezji współczesnej, pełnym zadumy osoby dojrzałej i doświadczonej. Łączy on elementy rzeczywistości i literackości, stawiając teksty na pograniczu obu tych światów ze wskazaniem na bytność książkową. Ciągła obawa przez przemijaniem i niepewność swojego bytu w pamięci ludzkiej, ale i przypuszczenie przypadkowości swojego życia niemal dominują ten tomik epistolarnych liryków do pani Schubert, która jako żywo przypomina herbertowskiego pana Cogito. Zarazem autorka poszukuje w utworach remedium na samotność i przemijanie – czegoś, co zapewni długowieczność, ale nie przyniesie wielkiej pracy. Nawiązanie do Herostratesa i jego szaleńczego czynu staje się tu dwuznacznym rozwiązaniem – na ile wszak można polegać na pamięci i wyparciu potomnych. Jak to mawia Konwicki – byłoby to zbyt pyszne. Jednak samotność panosząca się w tomiku okazuje się okiełznana przez obecność tytułowej pani Schubert – to ona pozwala znosić przepełniony tęsknotą brak (mający w sobie coś kobiecego wszak, jak to mawia Barthes). Jest jednak, na szczęście, czy też nie, jeszcze ten świat literacki…



wtorek, 3 kwietnia 2012

Jerzy Haszczyński – Mój brat obalił dyktatora


O rewolucjach zazwyczaj się słyszy w mediach, a gdy dobijają one do punktu, w którym zły dyktator zostaje obalony – przestają one być w centrum zainteresowania. Mało kto pyta o to, co dalej się dzieje w krajach po przewrotach. Taka wątpliwość nurtuje jednak autora niedawno wydanej książki Mój brat obalił dyktatora – Jerzego Haszczyńskiego.
Książka reportażowa okazuje się być zbiorem czternastu tekstów z różnych zakątków świata które łączy fakt rewolucji i Islamu. Opowieści te powstały w oparciu o reportaże pisane dla Rzeczpospolitej w ciągu ostatnich dwóch lat. Daty powstawania tekstów są podawane pod koniec każdego z rozdziałów. Swoją tematyką obejmują one zarówno Libię, jak i Maroko, ale również inne państwa, w których wątek władzy szariatu albo rewolucji okazuje się być przerażająco silny.
Książkę otwiera i zamyka tytułowy reportaż – Mój brat obalił dyktatora. O ile pierwsza jego część pokazuje reakcję Tunezyjczyków i reszty świata (a w tym – głównie mediów) na tamtejszy przewrót i jego spiritus movens, to druga – pokazuje co pozostało po wydarzeniach wywołanych aktem samospalenia Mohameda Buaziziego, który to był odczytany jako akt desperacji przeciwko panującemu reżimowi. Akt, który okazał się płomieniem, który rozpalił rewolucję, jak to określił poetycko jeden z dziennikarzy piszących o tunezyjskiej rewolucji. Opowieść ta okazuje się być kluczowa dla całego zbioru – to w niej krystalizuje się najważniejsze pytanie, jakie stawia autor – czy aby nie dajemy się zwieść temu, co pokazują nam media odnośnie krajów orientu? W tym niejednoznacznym zapytaniu zamyka się cały dramat niezrozumienia innej kultury, rozbieżnych z prawdą interpretacji zachowań i zachwytu powierzchownością wielu zjawisk.
Podróżując po wielu krajach Haszczyński spotykał różnych ludzi, którzy opowiadając mu swoje historie przedstawiali całkowicie niemainstreamowy przebieg wydarzeń. Skupienie tych ludzi na własnym przeżyciu, a nie na sprawach wyższych czy też polityce wyraźnie pokazuje ponadnarodowe wartości przeciętnych ludzi w czasie jakichkolwiek rewolucji i wojen.
W swoim pisaniu Haszczyński nie cofa się przed stawianiem diagnoz, jednak nie robi tego w sposób wartościujący – stwierdza jedynie fakty oparte na obserwacjach. Gdy próbuje się połączyć, po wielu perturbacjach, z krajem by załatwić sprawy związane z kredytem stwierdza że żaden dyktator (tu – Kadafi) nie przeszkadza koncernom w zarabianiu.
Z punktu na świecie odległego od niemal wszystkiego, co w nurcie Haszczyński zaczyna obserwować ten nurt i widzi łatwowierność ludzką. Gdy pisze o tym, jak odbiera się kraje orientu nie kryje swojego szacunku, ale i żalu, że nie są one rozumiane tak, jak na to zasługują, a wiedza ludzi osądzających je opiera się jedynie o wpisy na facebooku i tweeterze, a nie na rzetelnej wiedzy.
Autor demaskuje takie podejście w bardzo prosty sposób – druga, zamykająca zbiór, część klamry jest historią nie o tym, jak był widziany samobójca, ale kim był naprawdę, co go popchnęło do podjęcia decyzji o samobójstwie i jak bardzo był on sztandarem w rękach innych a nie człowiekiem z krwi i kości. Jak bardzo był sloganem, niemal barthesowskim mitem, a nie człowiekiem, który miał swoje życie.
Mój brat obalił dyktatora jest powieścią obowiązkową dla osób interesujących się sytuacją na Bliskim i Dalekim Wschodzie, ale i wszystkich, dla których informacje o współczesnych rewolucjach, podawane w mediach są niewystarczające. Chociaż… to książka dla każdego, kto chce znaleźć jakieś uzasadnienie współczesnego stanu przepływu informacji. Od siebie – mogę tylko polecić.